Zmiany krajobrazu – próba opisu

Krajobraz, wygląd wiosek i miast, żyjący w nich ludzie, całe społeczeństwo ze swoją historią i tradycją podlegają ciągłemu procesowi zmian i przekształceń.
Z reguły zmiany te następują wolno, ewolucyjnie, prawie niezauważalnie.
Są jednak momenty, kiedy zmiany pojawiają się w sposób zaskakujący, gwałtowny i nieprzewidziany. Przynoszą je z reguły rewolucje i wojny – ale jak się okazuje nie tylko.

1.
Na Warmii i Mazurach II wojna światowa dokonała przeogromnych zmian, a zniszczenia spowodowane samymi działaniami wojennymi były równie ogromne i tragiczne jak te, które powstały w ich konsekwencji. Truizmem jest stwierdzenie, że wszystkie wojny przynoszą tragedie i zniszczenia. Najpierw działania wojenne: walki, burzenie, palenie, a w ślad za tym szabrowanie, grabieże, barbarzyńskie niszczenie pozostawionego majątku: ze złości, z bezmyślności, z przypadku, z zemsty. Pierwsza „spontaniczna” faza niszczenia: zemsta na najeźdźcach, odreagowanie „za okupację”, odwet za lata poniżenia, za bliskich, za głód, za nędzę, zamieniła się z czasem w niszczenie systematyczne, zaplanowane i usprawiedliwione, bo przeprowadzane w majestacie prawa. Najpierw zwycięskie wojska z czerwoną gwiazdą wetowały sobie w ten sposób straty wojenne: rozbierały szyny, tory, mosty, wywoziły urządzenia i całe fabryki, dzieła sztuki i rzeczy codziennego użytku, wszystko – także ludzi. Następnie nowa władza ludowa prowadziła mniej czy bardziej otwartą politykę „odprusaczania krajobrazu”, w czym także wspierana była przez rozmaitych działaczy lokalnych i organizacje na przykład w Memoriale Związku Mazurów skierowanym do PKWN z 1944 roku czytamy:

„Wszystkie zabytki, pomniki i pamiątki panowania Niemców na terenie ziemi mazurskiej
usunie się radykalnie i bezapelacyjnie. Nie wolno ich pozostawić nawet mimo ich wartości artystycznych, architektonicznych czy też naukowych. Muszą zniknąć bezpowrotnie. Zniknąć musi dąb Bismarcka i pomnik Hindenburga. Zniknąć musi każdy zamek krzyżacki”(1).

Pomimo, że nie wszystkie postulaty były aż tak radykalne, to co niemieckie, faszystowskie, pruskie – „obce”– miało być wyrugowane, zastąpione naszym, „piastowskim”, „swojskim” – jednym słowem musiało zniknąć. Skuwano więc napisy, zamalowywano hasła na ścianach, burzono pomniki, a równocześnie pisano nową historię „zawsze piastowskich ziem”, „ziemie zachodnie na zawsze z macierzą” etc. Ponieważ w tym samym okresie trwała odbudowa kraju, chętnie rozbierano zniszczone budowle, a niekiedy całe fragmenty miast.
W ten sposób z gruzów Wrocławia czy Głogowa „cały naród budował swoja stolicę”. Praktyka ta stosowana była także później i np. z ruin krzyżackiego zamku w Piszu i innych „obrzydliwych pruskich budowli z czerwonej cegły” budowano jakieś zabytki w Warszawie.

2.
Miasta i miasteczka były konsekwentnie czyszczone z „obcych naleciałości”, których z reguły znacznie mniej było na wioskach. Mimo to również wsie nie pozostały takie jak były – na południu Mazur z krajobrazu znikały całe osady: najpierw szabrowano sprzęty gospodarstwa domowego, narzędzia, meble, potem rozbierano chałupy – w pierwszej kolejności drzwi i okna a potem belka po belce, cegła po cegle całe domy. Jedna wioska znikała po drugiej. Większość tego dobra wędrowała „za granicę”, na południe, głównie na Kurpie. Leśniczy Kazimierz Śmigielski, w niepublikowanym pamiętniku opisuje swój powrót w 1945 do Krzyży nad Jeziorem Nidzkim:

„wyglądało to strasznie. Nie było ani jednego okna, nie było też ani jednych drzwi, porozwalane piece i kuchnia, rozbite meble […] wstępowałem do innych zagród – wszędzie obraz podobny […] Gdy nadejdzie wieczór życie tu całkiem zamiera, zalegają ciemności
i nastaje całkowita cisza, którą bardzo często zamącają nocami napływające tu różne bandy, które żądne mazurskich rzeczy zagłębiają się w tą ziemię i rabują co im się  tylko daje. Kurpiowskie bandy grasują tu bezkarnie, my jesteśmy całkowicie bezradni.”(2)

Równolegle niszczono z głupoty, z nudów, dla zabawy, z biedy, ale także dla zatarcia śladów przestępstwa. Grasujące bandy to czego nie mogły zabrać paliły dla odwrócenia uwagi lub dla ułatwienia sobie pracy i zatarcia śladów kradzieży:

„Obudziły mnie jakieś krzyki i stukanie do okna, gdy otworzyłem oczy ogarnął mnie lęk, wydawało się, że cała moja zagroda stoi w ogniu. Lecz gdy wybiegłem na podwórko zobaczyłem palące się Krzyże […] duża część Krzyży stała w ogniu, na skutek utrzymującej się suszy drewniane budynki zapalały się jeden od drugiego. Wówczas to ukryte bandy, wykorzystując nieobecność domowników, którzy byli przy ogniu swobodnie rabowali nasze mieszkania”(3)

W opisanej wsi Krzyże ze 107 domostw istniejących przed wojną po jej zakończeniu  pozostało tylko 24, przy czym w wyniku działań wojennych spłonęła tylko jedna zagroda „podpalona dla wiwatu” przez wkraczającą Armii Czerwonej – reszta padła łupem band szabrowników. Krzyże nie były wyjątkiem – w ich okolicy rozszabrowano wiele puszczańskich wiosek. Osady te padły ofiarą „różnic cywilizacyjnych”, bo to był główny motor napędzający grabieże, ale też ofiarą ideologii bo nieco później, w konsekwencji decyzji idologiczno-administracyjnych zniknęły one całkowicie z map.

„Nazwy ich widnieją tylko na mapach, których używa żołnierz podczas manewrów, a i to nie jest pewne. Nazwy te brzmią obco i smutnie, bywają to nawet dawne nazwy, lecz już poza granią powiatu nikt ich nie zna. Są niby mogiły z czasów dawno zapomnianych wojen, zapadłe, z zatartymi napisami”(4)

Mazurski pisarz  Ernst Wiechert, gdy pisał te słowa nie wiedział jak trafny będzie to opis, jak bardzo te zagubione wioski będą przypominać „zapadłe mogiły, z zatartymi napisami”. Tom I „Dzieci Jerominów” został wydany w 1945, tom II w 1947, a w tym czasie opisywana przez niego maleńka wioska Sowiróg, ukryta w Puszcz Piskiej, praktycznie już nie istniała. Została rozszabrowana, a decyzją władz powiatowych w Mrągowie, w 1947 zlikwidowana. Pisarz o tym nie wiedział, podobnie jak nie wiedział, że paru najbliższych osad nie znajdzie się nawet na najdokładniejszej mapie wojskowej. Lipa Przednia i Tylnia, Wądołek, Piskorzewo, Szast, Przerośl i inne zgubione wioski wraz z zagrodami, gospodami, szkołami i kościołami, wraz z mieszkańcami i ich problemami po prostu przestały istnieć. W ich miejscu rosną dzisiaj drzewa i krzewy, a tylko gdzie niegdzie ociosany kamień z fundamentu chałupy lub niewielki cmentarzyk świadczy o tym, że kiedyś żyli tu ludzie. Wraz z wykreślonymi z map nazwami, wraz z rozebranymi domami wymazany został kawałek historii i cały krajobraz uległ metamorfozie – natura powróciła w miejsca, które kiedyś oddała w depozyt naszym poprzednikom.

3.
Ucieczka rdzennej ludności, wysiedlenia, „repatriacja” (a raczej „ekspatriacja”) ludności z kresów wschodnich, przymusowe przesiedlenia (akcja „Wisła”) spowodowały praktycznie całkowitą wymianę ludności na Warmii i Mazurach. Żyjący tu od pokoleń musieli opuścić domostwa, a ich miejsce zajęli inni, z reguły także wygnani, którzy swoje sadyby pozostawili gdzieś indziej, komuś innemu. Nastąpiło prawdziwe zderzenie cywilizacji: mieszkańcy drewnianych domów z Podola, z Karpat, z Kurpi musieli zamieszkać w murowanych domach, w zupełnie innych warunkach, ale też w zupełnie innym klimacie i krajobrazie. Tu wszystko było obce: zagrody, domy, pola, jeziora, drogi, napisy na sklepach – ba, nawet na cmentarzach i w kościołach.

Wszystko obce, nieznane, niepewne, niezrozumiałe, denerwujące. Brak stabilizacji, pewności jutra i zrozumienia nie skłaniał do troski o zastane. Ponieważ przybysze czuli się „depozytariuszami obcego dziedzictwa”, nie następowała trwała więź i identyfikacja z zastaną kulturą materialną i duchową. Tym bardziej, że władze PRL-u podkreślały jednolity pod względem narodowościowym charakter państwa, przeciwstawiając je przedwojennej zacofanej i skłóconej wielonarodowej Polsce przedwojennej. To utrwalało postawę „polskie, nasze, swojskie,” kontra „niemieckie, obce, inne”, nie zezwalając na istnienie i tolerowanie czegoś pośredniego, mniejszościowego, niezdefiniowanego. Związana z tym faza zniszczeń trwała całe dziesięciolecia, co szczególnie widoczne stało się to na obszarach wiejskich, gdzie ziemia była uprawiana, ale równocześnie wiele lat trwało – mnij czy bardziej celowe – niszczenie „poniemieckiego” majątku (chociaż w rzeczywistości już „swojego”) lub w najlepszym wypadku nie naprawiania go – co w końcu skutkowało tym samym. Następowało niszczenie przez zaniedbanie, brak troski, bark poczucia własności lub także nieznajomość rzeczy. W ten sposób krajobraz – wygląd gospodarstw, wsi i miast ulegał powolnemu, ale systematycznemu przeobrażaniu.

4.
W późniejszych latach to niszczenie – razem z całą ówczesną gospodarką – przybrało formę
„planową”. Znikały pałace „krwiopijców”, dwory „junkierskie” i wille „pomiemieckie” ale to nie znaczy, że zawsze były one rozbierane. Zgodnie z postulatami: „nie mogąc zniszczyć ani usunąć tej zabudowy […] winniśmy świadomie dążyć do stopniowego złagodzenia jej najbardziej jaskrawego ostrza”(5), w budynkach, które przetrwały powstawały biura, pegeery, szkoły, żłobki, domy pomocy społecznej. Oczywiście, zgodnie z zaleceniami, budynki poddawano pracom „modernizacyjnym” – przebudowano okna i drzwi, zmieniano dachy, skuwano sztukaterie, nadawano ludowo-robotniczy, prosty charakter, ale dzięki tym zbiegom spora część obiektów ocalała. Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiątych przyniosły „zmiany propagandowe”. Szło nowe, postępowe, a w raz z nim walec zniszczenia – burzono by tworzyć. W ten sposób likwidowano kolejne „naleciałości” starego.

W górach zatapiano wioski by powstały kolejne zapory, równano góry i zasypywano doliny, w miastach wytyczano trasy „wu-zet” i wielkomiejskie arterie burząc niekiedy całe kwartały miasta.  W centrum Wrocławia wysadzono w powietrze średniowieczne młyny z Wyspy Słodowej by zrobić skwer, a secesyjną halę targową by zrobić parking. „Poniemiecki” cmentarz w Zielonej Górze zamieniono na „Park Tysiąclecia” (znajdujące się na nim dom pogrzebowy zamieniono w Muzeum Przyrodnicze, by następnie zamienić je w dyskotekę, zwaną przez miejscowych „Pod trupkiem”). W Olsztynie, żydowski cmentarz „powoli umierał, nagrobki były niszczone i rozkradane, głównie ze względu na materiał”, aż w końcu, w sprawozdaniu Prezydium Miejskiej Rady Narodowej za 1970 rok zapisano: „w ramach remontów kapitalnych wykonano zieleniec w miejscu zlikwidowanego cmentarza żydowskiego”(6) – po prostu: zrównano, zasypano i koniec! Taki sam los spotkały setki innych cmentarzy w Polsce, nie tylko żydowskich.

„Wielka płyta” – szczytowe osiągnięcie socjalizmu na trwałe, bo do dnia dzisiejszego, zmieniła oblicze wielu polskich miast i miasteczek. Gorzej: propagandowe hasło „zrównania wsi z miastem” zamieniono w czyn i w wielu wioskach (głównie pegeerowskich) budowano „osiedla typu miejskiego”, które miały być dumą i sztandarem nowoczesności, a które obecnie stały się symbolem zacofania, biedy i bezrobocia. Powstawały osiedla „wielkomiejskie” jak dumnie pisano o wielkopłytowym blokowisku takim jak w Nidzie (tworząc w ten sposób podwaliny nowego mazurskiego miasta z fabryką w herbie: Ruciane-Nida). Ale budowano nie tylko mieszkania – powstawały też olbrzymie obory i chlewy, parki maszynowe, które z dziwnym upodobaniem lokalizowano w sąsiedztwie dworów i parków dworskich, tak by „dyrekcja” z biura urządzonego w pałacu miała blisko do „inwentarza”, a oporządzający go chłopo-robotnicy mogli odpocząć (czytaj: napić się) pod drzewem (zanim go w zimie nie ścięli na opał).

Brak perspektyw i norm moralnych, „tumiwisizm”, „minimalizm”, „czy się stoi czy się leży” wraz z chorą ideologią doprowadziły do poważnych zmian w świadomości, a w efekcie do gwałtownej erozji krajobrazu zarówno przyrodniczego jak i kulturowego. Jednak o ile w miastach zmiany były niekiedy bardzo duże, wioski (z wyjątkiem tych „wybranych” gdzie powstawały PGR-y), gdzie nikt nic nie budował, nie remontował głównie z powodu braku ku temu chęci (ale też z powodu braku funduszy i dostępności do materiałów budowlanych), zachowywały w większości swój pierwotny charakter prawie do końca XX wieku.

5.
Rok 1989 przyniósł nowy ustrój i równie poważne zmiany w krajobrazie jak wojna i okres tuż po niej (a może nawet większe). Gospodarka rynkowa zmiotła gospodarkę planową, która wraz z sobą zabrała żłobki, przedszkola, fundusze wczasów pracowniczych, pegeery itp. Owszem – gospodarka powróciła do stanu normalności, ale równocześnie doprowadziło to do nawrotu „grzechu zaniedbania” – wiele obiektów – w tym zabytkowych – pozbawionych zostało właścicieli i ich opieki, a zapomniane i zaniedbane niszczały. Na Warmii i Mazurach było to szczególnie widoczne. Rozsypały się pałace i dwory, zarastały cmentarze, popadały w ruinę opuszczone dworce kolejowe i leśniczówki. Zmiany krajobrazu postępowały w zatrważającym tempie.

Po czasach, kiedy materiały budowlane były tylko na przydział lub tylko dla wybranych, gdy zdobycie worka cementu było marzeniem, pojawiła się ogólna dostępność wszelkich możliwych materiałów budowlanych, a w raz z nimi nowych technik budowlanych – łatwych i prostych. Nastąpiła „euforia budowlano-remontowa”, w zasadzie głownie budowlana, z wszechpanującym przekonaniem,że nie warto remontować „starego” – lepiej zburzyć i wybudować w to miejsce nowe. Na dodatek pojawiły się nieznane wcześniej: reklama, kolorowe pisma, lansowanie nowego, promocje „czystego, gładkiego i kolorowego”, a w konsekwencji wybujały konsumpcjonizm. Efekt: siding, plastykowe okna, niebieskie, żółte czy zielone dachy spotkać można w miasteczkach i wsiach, nawet w tych najbardziej do niedawna „zapadłych”.

„Z upadkiem dawnych tradycji, z zacieraniem się śladów dawnej kultury, zanika smak i sztuka ludowa. Błyskotliwa tandeta zdobywa sobie pierwszeństwo […] Chaty nowoczesne nie robią już tak miłego wrażenia dla oka jak dawne, wyróżniają się jaskrawo z pomiędzy ciemnych borów i zarośli […]murowanki i inne dziwolągi z kolorowej dachówki”(7)

Adam Chętnik, badacz kultury ludowej, ubolewa nad gwałtownymi zmianami w krajobrazie i nad upadkiem kultury ludowej, ale pisał te słowa…dziewięćdziesiąt lat temu, w 1915 roku. Gdyby zobaczył dzisiejsze zmiany zapewne zabrakłoby mu słów. Za jego czasów zmiany następowały powoli, ewolucyjnie – nadal stosowane były materiały lokalne i tradycyjne techniki budowlane. Zmiany następowały głównie w detalach architektonicznych – np. pojawiły się niespotykane wcześniej ganki czy ozdobne nadokienniki. Mimo to odróżnić można było zabudowę wsi mazurskiej od kurpiowskiej, kieleckiej czy beskidzkiej. Obecnie zmiany w technikach i materiałach budowlanych następują w zatrważającym tempie, co ma odbicie w wyglądzie powstających obiektów. Współczesny obraz wsi i miasteczek przeraża. Wszędzie powstają budowle brzydkie, bez jakichkolwiek cech regionalnych (a jak już to są wyjątki) niedopasowane do sąsiadującej zabudowy, do krajobrazu, czy do warunków klimatycznych – „domki góralskie” na Mazurach, domy z płaskimi dachami w górach itd.

Zabudowa bezładna, chaotyczna, bez reguł i planów urbanistycznych, powstająca byle gdzie i byle jak. Z jednej strony spotykamy szpetotę, brak troski o detal architektoniczny i wykończenie: domy nieotynkowane, niepomalowane, z dziwacznymi oknami i blacho-dachówką. Na drugim biegunie stoją „gargamele” czyli nowobogackie domy z nadmiarem detali: kolumny, tralki, balkony, wieże i wieżyczki – dwór polski w karykaturalnym wydaniu lub zamek rodem z „Disneylandu” jednym słowem kicz. Pomiędzy tymi biegunami morze typowych projektów z katalogów, które można kupić jak gazetę w kiosku – efekt jest więc łatwy do przewidzenia (wystarczy zobaczyć jakich gazet sprzedaje się najwięcej). Jeszcze gorsze jest to, że niszczony jest krajobraz w najbardziej atrakcyjnych rejonach Mazur i Warmii. Paradoksem jest, że ludzie zauroczeni jakimś miejscem czy widokiem postanawiają go zawłaszczyć, kupić, po to by go następnie zepsuć i wybudować na nim „rezydencję”, domek letni czy choćby postawić przyczepę kempingową. W jednej z olsztyńskich gazet pojawiło się ogłoszenie: „kupię dworek szlachecki […] najchętniej nad jeziorem”. Ogłoszeniodawca nie zastanawiał się skąd na Mazurach „dworek szlachecki” – ale jak chce kupić to zapewne znajdzie odpowiedni obiekt (bo jeśli go nie ma, to zapewne powstanie – w końcu to popyt reguluje rynek).

Tandetny bazarowo-jarmarczny styl zaczyna dominować także centrach wielu miast – szczególnie tych odwiedzanych tłumnie przez turystów – w Rucianem-Nidzie i Mikołajkach, w Jastarni i Zakopanem, ale niestety nie tylko tam. „Budować każdy może” nad morzem, w górach czy nad jeziorami – pytanie tylko dlaczego tak brzydko, dlaczego brak odniesienia do otaczającego krajobrazu, do lokalnego stylu i tradycji?. A dzieje się tak z powodu braku mechanizmów ochronnych, z powodu braku ochrony walorów krajobrazowych i „miejsc miłych”. Są plany przestrzennego zagospodarowania czy plany miejscowe, a nie ma natomiast „planowania rozległego” czyli szerszego traktowania przestrzeni i krajobrazu. „Każdy sobie rzepkę skrobie” – mamy demokrację i często słyszymy, że nie możemy przecież pozostać „skansenem Europy”.

Obserwowane zmiany następują tak błyskawicznie, że można zadać pytanie: kiedy z krajobrazu znikną tradycyjne wioski? Kiedy zamienią się one w małe bezstylowe miasteczka o zunifikowanym wyglądzie, z supermarketem, stacją benzynową i bankomatem, ale za to bez poczucia kolorytu lokalnego, bez wyrazu i regionalnej różnorodności ? „Błyskotliwa tandeta” wypiera dobry smak i tradycję, a krajobraz wiosek i miast zmienia się nie do poznania.

6.
Prywatyzacja, przejmowanie majątku, spekulacje, licytacje i zwyczajne transakcje kupna-sprzedaży: wiele obiektów znalazło nowych właścicieli, którzy nie zawsze wiedzieli, mogli, chcieli, umieli zadbać o zdobyte, odziedziczone czy kupione budynki. Jedni pięknie dbają o swoje, inni czekają na lepsze czasy, jeszcze inni spekulują. Dwory, pałace, wille zamieniane są w filmowe rezydencje: jedne szybko, inne powoli. W tym czasie inne niszczeją: królewski pałac w Drogoszach ulega stopniowej i systematycznej dewastacji, podobnie jak ten w Sztynorcie. Jedna po drugiej rozpadają się perły architektury: pałace w Słobitach, Gładyszach, Prośnie czy Arklitach. W czasie kiedy pałac w Galinach nabiera blasku jak w latach swojej świetności, dwór w Macharach przestał istnieć, ponieważ Agencja Nieruchomości Rolnych sprzedała go na.. materiał rozbiórkowy (z uzyskanych cegieł powstała obora !).

Biznesplan, minimalizacja kosztów, maksymalizacja zysków, pieniądze na inwestycje, budżet na remonty, dotacje celowe – gospodarka wolnorynkowa okazała się w praktyce większym zagrożeniem dla krajobrazu kulturowego niż gospodarka planowa. Firmy wolą rozbierać zamiast remontować. Robią tak też, niestety, administratorzy naszego wspólnego majątku: nadleśnictwo Strzałowo koło Piecek planuje rozebrać zabytkową, XIX –wieczną drewnianą leśniczówkę, po to by w tym miejscu postawić…jej kopię. Będzie ona – zapewniają leśnicy – dokładnie taka sama jak stara. Czy na pewno? a co z historią, co z patyną czasu ? Sąsiednie Nadleśnictwo Maskulińskie z Rucianego-Nidy chce z kolei pozbyć się leśniczówki Zdróżno, bo jest to dla nich „zbędną infrastrukturą” – „musimy ją rozebrać, a za to w jej miejscu zrobimy ostoję zwierząt” argumentują. Podobnie zbędna jest piękna leśniczówka Duży Kamień niedaleko Sztynortu w Nadleśnictwie Borki (z siedzibą w Kruklankach). Zapomina się o tym, że leśniczówki są istotnym fragmentem historii tej ziemi, że na Mazurach (szczególnie w ich puszczańskiej części) stanowiły one tak istotną rolę, jak dworki szlacheckie w innych rejonach.

Ale nie tylko leśniczówki idą w zapomnienie. Najpierw wiatraki po nich kuźnie, młyny, lamusy, karczmy, a obecnie stodoły, obory, szopy i pozostałe budynki gospodarcze – szczególnie te drewniane – znikają gwałtownie z krajobrazu. Niekiedy rozsypują się ze starości, ale częściej są celowo rozbierane. Brak jest edukacji, tłumaczenia dlaczego są to tak istotne elementy krajobrazu. Winne temu są również przepisy: za każdy budynek gospodarczy trzeba zapłacić podatek od nieruchomości – lepiej to co zbędne rozebrać, bo po co płacić!?. To samo dotyczy – niestety – drewnianych budynków mieszkalnych: po wybudowaniu nowego, murowanego domu stary się rozbiera by uniknąć podwójnego opodatkowania. A przy okazji jest też tani materiał opałowy, który w zimie puści się z dymem. Przeminęło z wiatrem – wraz z drewnianymi budynkami znikają drewniane parkany, zastępowane betonowymi prefabrykatami. Metamorfozie ulega zresztą cała przestrzeń wokół domostw – wycinane są rosnące wokół domów stare drzewa „bo mogą się przewrócić” i sady owocowe wraz ze starymi odmianami drzew, bo owoce małe, robaczywe i plamiste. Ale ostatnio najszybciej z krajobrazu znikają  piękne aleje i szpalery drzew przydrożnych.

„Z bólem serca patrzę jednak obecnie na nielitościwe tępienie drzew wszędzie, gdzie one tylko rosną przy traktach […]. Dziwi mnie pobłażliwość władz gminnych i ich  przełożonych, którzy nie wzbraniają tego, co z natury rzeczy należy do użyteczności publicznej – krajowej. […] Przyznać bowiem należy, że nasi przodkowie z początku przeszłego XIX wieku, chętnie obsadzali drogi podjazdowe w swych dobrach pięknemi drzewami, przez co zostawili niespożyte pamiątki po sobie. Obecnie należy osobiście chroni te wspaniałe drzew od rabunkowej grabieży włościańskiej; zarządcy bowiem gminne najmniejszej uwagi na to nie zwraczją”(8)

Chociaż słowa te brzmią dziwnie aktualnie, zostały napisane ponad sto lat temu. Ich autor, Józef Dunin-Karwicki ma szczęście – gdyż nie jest świadkiem rzezi dokonywanej obecnie, gdy dziesiątki tysięcy drzew – jak Polska długa i szeroka – pada ofiarą pił mechanicznych. To już nie żmudna, ręczna praca piłą i siekierą – to mechanizacja i postęp a więc zwiększenie tempa pracy. Padają więc setki drzew dziennie bo „musimy się rozwijać”, „musimy iść z postępem”, a bez dróg nie przyjadą inwestorzy, poza tym „drzewa zabijają”. Nie przemawiają argumenty, że jest to trwałe kaleczenie krajobrazu, o którym pisał Arno Surmiński, pisarz niemiecki, urodzony pod Kętrzynem, mieszkający obecnie w Niemczech:

„Nie znam w Europie innego krajobrazu, który tak zdominowany jest przez aleje jak Prusy Wschodnie. Przede wszystkim lipy, ale także jesiony, dęby a nawet brzozy towarzyszą większym i mniejszym drogom. Zielone ocienione wstęgi lipowych alei przecinające żółte łany zbóż, czerwone dachy zagród wiejskich w tle, to typowy motyw jak z obrazka.
Większość drzew rosło już w XIX wieku. Dęby wzdłuż szos były sadzone w czasach napoleońskich i do dzisiaj jeszcze się zielenią”(9).

Dzisiaj wiele z tych drzew już się nie zieleni, bo zostały ścięte i przerobione na klepki parkietowe, czy boazerię. Krajobraz Warmii i Mazur systematycznie staje się coraz mniej zdominowany przez aleje, a nabiera zunifikowanego „cywilizowanego” wyglądu „bo musimy iść z duchem czasu”. Niestety ci, którzy mówią, że nie możemy zostać „skansenem”, ci którzy dewastują krajobraz, nie wiedzą, że to właśnie ich działania wyciągnięte są z lamusa.

Nie widzą w swoich poczynaniach paradoksu: chcąc by turyści mieli dobre i szybkie drogi, wycinają aleje sklepiające się niczym katedry nad głowami turystów, którzy przyjechali właśnie po to by je podziwiać. Nie widzą też niebezpieczeństwa, że gdy znikną wszystkie drewniane wioski, gdy miasteczka zamienią się w bazary i gdy jeziora zostaną zagrodzone płotami, ci turyści przestaną do nas przyjeżdżać. Bo taki „standard” mają u siebie.

7.
Na szczęście obserwujemy również zmiany pozytywne. Podstawą tych działań jest rosnąca świadomość własnej tożsamości kulturowej, zrozumienie pojęcia wielokulturowości, regionalizmu i tolerancji. Na Warmii i Mazurach jest to z racji skomplikowanej historii, splątania losów obecnych i byłych mieszkańców wyjątkowy proces, ważny dla „budowania
i pogłębiania kultury dialogu i tolerancji między ludźmi różnych narodowości, wyznań, tradycji”(10). Te pozytywne zmiany związane są m.in. z powstałym w 1990 roku stowarzyszeniem Wspólnota Kulturowa „Borussia”, które oparło swój program m.in. na ideach:”Atlantydy Północy” oraz „otwartego regionalizmu”, i które prowadzi także szeroką działalność wydawniczą. „Odkrywanie światów” to nie jest tylko ich seria wydawnicza – „Borussia” wywarła niewątpliwy wpływ na zmianę sposobu postrzegania wielokulturowego dziedzictwa dawnych Prus Wschodnich, na odkrywanie zapomnianej lub ukrywanej historii, na odkrywanie otaczającego nas świata, na „odczytywanie krajobrazu”. Równie istotne są ich działania edukacyjne na rzecz budowania i rozwijania społeczeństwa obywatelskiego.

Pamiętam mój pierwszy kontakt z (noszącym taką samą nazwę jak stowarzyszenie) pismem, kupionym w księgarni w Olsztynie. Fakt, że są ludzie, którym chce się działać i walczyć o sprawy uniwersalne („myśl uniwersalnie – działaj lokalnie”), o społeczeństwo obywatelskie, było dla mnie jak i dla wielu innych pewnego rodzaju objawieniem. A działo się to w czasach, kiedy większość myślała tylko o własnej karierze, o interesie, spółce, hurtowni czy nowym aucie.

8.
„Jednym z ważniejszych przejawów z polskiej strony w procesie pojednania z Niemcami jest obiektywne dostrzeganie historycznej obecności Niemców w poszczególnych miastach, a także wioskach. Jednak brak znajomości dawniejszej przeszłości Prus i Niemiec oraz ich stosunek do Polski, szczególnie w dobie porozbiorowej, a jednoczesne odwracanie się niektórych wpływowych elit (Borussia) od polskich tradycji Warmii, Mazur czy Królewca, wprowadza wiele zamętu i powoduje zgoła niepotrzebne rozdwojenie w polskiej świadomości historycznej. Do tego dochodzi mało przemyślna chęć – w imię dobrosąsiedzkich kontaktów przypodobania się gościom niemieckim…”(11).

Początek XIX wieku przyniósł zaskakujące – może jeszcze nie zmiany – ale symptomy takich zmian. Jest paradoksem, że 60 lat od zakończenia wojny, gdy wydawało się, że pojęcia: wielokulturowości, tożsamości regionalnej, tolerancji i otwartości zadomowiły się na stałe, w czasach, kiedy to po trwającej epoce panowania cenzury otworzył się rynek wydawniczy, gdy zaczęły się ukazywać książki opisujące, pokazujące i przybliżające dawne oblicze Prus Wschodnich, pojawiły się postawy będące niejako odwrotnością propagowanej przez „Borussię” idei pogłębiania kultury dialogu. Swoistym „głazem milowym” tych ostatnich, niepokojących, zmian może być słynny już kamień Bismarcka z Nakomiad koło Kętrzyna. Pierwotnie został on postawiony w 1899 roku – „wielkiemu kanclerzowi, hrabiemu Otto von Bismark” (tak głosi wykuty z błędem napis) i przetrwał wszystkie opisywane powyżej zmiany aż do 1965 roku, kiedy to bardziej czy mniej celowo, został przewrócony. Następnie przeleżał w trawie aż do 2005 roku, kiedy został ponownie ustawiony w pionowej pozycji, co wywołało olbrzymie emocje i trwającą wiele miesięcy dyskusję. Podniesienie głazu, pojmowane pierwotnie jako przejaw troski o wszystko co nasze, dbania o wygląd własnej wsi (a więc nie niemieckiej „obcej”) i dobrego gospodarowania, spotkało się z wieloma głosami pochwały.

Równocześnie wiele osób domagało się usunięcia kamienia (najlepiej do muzealnego magazynu), argumentując to głównie wrogością kanclerza Bismarcka do Polaków i zwracając uwagę na zatracanie własnej (polskiej) tożsamości narodowej i państwowej. Wraz za tą argumentacją pojawiła się nietolerancja, ksenofobia, jednostronne pojmowanie historii i brak szacunku dla śladów przeszłości a w końcu tolerowany wandalizm: kamień wielokrotnie i bezkarnie był oblewany farbą i ozdabiany faszystowskimi symbolami (przy cichej aprobacie przeciwników kamienia). Pamiątka po dawnej społeczności wsi, dowód na to, że kiedyś mieszkali tu inni ludzie, mający inny język i swoją historię, została uznana m.in. przez wielu historyków jako dowód „gloryfikacji Bismarcka”(12) – nie pomogły zapewnienia, że to tylko przejaw innego spojrzenia na historię, szanowania pamiątek przeszłości i historii ziemi, czy po prostu zwykłej gospodarności (bo jak coś leży to należy to podnieść).

Przykład Nakomiad był zaraźliwy: awantura o kamień Bismarcka zaowocowała m.in. dyskusją o losie „poniemieckiej” tablicy ku czci ofiar I wojny światowej, znajdującej się na murach zamku w Olsztynku. Zarząd powiatu olsztyńskiego postanowił „sprawę gruntownie zbadać i zebrać wszystkie opinie” by „uniknąć takiej sytuacji jak w Nakomiadach”(13). Z kolei w Biskupcu, z powodu podpisania umowy partnerskiej z niemieckim miastem Bramsche, „w imię dobrosąsiedzkich kontaktów przypodobania się gościom niemieckim” rozważano pomysł usunięcia pomnika postawionego już po wojnie, w czasach PRL-owskich, upamiętniającego walczących o… polskość. Pomijając względy estetyczne (pomnik jest brzydki) władze miasta nie chciały by gości z Niemiec „kłuł w oczy jeden z symboli trudnej historii polsko-niemieckich stosunków”(14) – znak rodła – symbol Związku Polaków.

Te trzy przykłady pokazują jak rozmaicie można interpretować pamiątki z przeszłości. Skoro można dyskutować o usunięciu jednego pomnika, to dlaczego nie można o innym – dla jednych trudną sprawą do dzisiaj jest XIX-wieczna germanizacja, dla innych – w dobie zjednoczonej Europy – drażliwym tematem jest walka o polskość. Pewnego rodzaju histeria wokół kamienia, skierowanie debaty na temat polityki XIX wiecznej germanizacji spowodowała, że nie wykorzystano szansy edukacyjnej jaka powstała wraz z podniesieniem „obelisku” (jak często pisano w prasie). Uważam, że kamień Bismarka powinien pozostać opatrzony dodatkowo tablicą informującą, że „jest to pamiątka po społeczeństwie Nakomiad, które żyło w tej wsi do 1945 roku” (lub innym tego typu napisem). W ten sposób kamień spełniałby rolę „świadka przeszłości”, podobnie jak czyni to tablica: „Tu mieściła się do 1939 roku jedyna polska szkoła w powiecie reszelskim – świadectwo polskości i martyrologii Ziemi Warmińskiej w dobie germanizacji”, która znajduje się kilkanaście kilometrów dalej, na szkole w Stanclewie.

Bo jedno jest wytłumaczeniem drugiego – bez polityki Bismarcka nie byłoby walczących o polskość. Bez germanizacji nie byłoby szkoły polskiej w Stanclewie, nie byłoby Kajki, Mrongowiusza i innych. Nie możemy pielęgnować tylko pamięci o bojownikach o język polski, a niszczyć wszelkie pamiątki związane z Bismarckiem (choćby wieże znajdujące się w wielu miastach nazwane jego imieniem), bo będzie to zacieranie śladów historii, a to prowadzi do jej fałszowania. Nie wystarczy, że historia zapisana będzie tylko w księgach – tym bardziej, że były one fałszowane i jak pamiętamy – często pisane na potwierdzenie jakiejś teorii czy ideologii. Najlepszą historią jest historia czytelna, niezafałszowana i zrozumiała dla wszystkich, nie tylko dla historyków. A taką jest historia wpisana w krajobraz (należy co najwyżej uczyć jej czytania).

9.
Powyższe przypadki ukazują jak niebezpieczne jest manipulowanie historią i rodzą pytanie: jeśli można niszczyć pamiątki przeszłości, to jakie są granice takiego działania? Czy wystarczy tylko połowa historii? Czy wolno nam pozostawić po sobie krajobraz wyczyszczony z wszelkich śladów historii „poprawny politycznie”, ale za to jałowy, bez charakteru i regionalnego kolorytu? Nie, bo gdy każdy po swojemu zacznie manipulować
i w dowolny sposób kształtować swoje otoczenie, może dojść do tego, że pozostanie nam tylko sam krajobraz – bez kultury, a tym samym ziści się stare powiedzenie „gdzie kończy się kultura tam spotkasz Mazura”.

Społeczeństwo bez historii jest społeczeństwem chorym, ale także krajobraz bez historii czy z połową historii, jest krajobrazem chorym. A do czego prowadzi brak szacunku do historii, do tradycji i pamiątek przeszłości opisał Siegfried Lenz, niemiecki pisarz urodzony w 1935 roku w Ełku:

„Eugen Lawrenz opowiadał […], że stare drogowskazy do Marcinowa i Maleczewa zostały zastąpione innymi: do Martinshoehe i Maleten. Sądził, że to pomyłka albo durny żart…”
I dalej: „Stała tu tablica z nazwą miejscowości; była ona przemalowana i głosiła, że znajduje się w Herrenbach. Eugen Lawrenz poczuł się tak ogłupiały […], zapytał czy w powiecie nie wybuchła jakaś nowa choroba, choroba zmieniania nazw”(15).

Ta choroba o której pisał Lenz trwała także po wojnie. Do jej leczenia zaproponowano kurację szokową (lub posługując się dalej terminologią medyczną – zaordynowano chirurgię plastyczną) – postulowano bowiem :

„ziemia mazurska i jej mieszkaniec – Mazur musi natychmiast  przyjąć czyste oblicze mazurskie – polskie”(16).

Choroba zmieniania nazw, wymieniania całej ludności i zacierania śladów historii trwała bardzo długo, bo prawie cały XX-ty wiek, dlatego też jej leczenie jest takie trudne. My musimy z tej lekcji historii wyciągnąć wnioski i uważać, by zbytnio nie zbliżyć się do niebezpiecznej granicy, gdzie jeszcze panuje owa choroba. Tu właśnie jest istotna rola dla historyków, którzy powinni pokazywać do czego prowadzi uwypuklanie różnic, wytykanie błędów, podkreślanie wyższości jednych nad drugimi czy rozdrapywaniu zapomnianych ran i rozpamiętywanie o procesach sprzed ponad stu lat. Najlepszym na to lekarstwem jest dyskusja – ale nie o poglądach Bismarcka, lecz o naszym stosunku do historii, także tej materialnej. Musimy pamiętać, że to co niektórzy nazywają „obcą kulturą”, do niedawna było nierozerwalnie związane z krajobrazem w którym my żyjemy.

Jak pisał Tomasz Mann: „kultura to umiejętność dziedziczenia”. A dziedzictwo to nie to samo co depozyt – musimy więc nauczyć się szanować wszystko co „nasze”, pamiętając, że teraz także „obce” jest nasze! Musimy pielęgnować tożsamość regionalną, ale równocześnie kształtować edukację międzykulturową: nie zamykać się w sferze własnych wartości, we własnym kręgu kulturowym, a nauczyć się dostrzegać „obce”. Ale tylko samo dostrzeganie i tolerowanie nie wystarczy – musimy poznawać, ale nie „być obok” jak widz czy obserwator. Musimy być razem z „innymi”: razem z innymi grupami i innymi kulturami. Wtedy nie ma podziału na „nasze” – „obce”: jest tylko „wspólne”. Mowa więc o „integracji bez jawnego czy ukrytego programu dominacji jednej z grup”(17). Oczywiście jest to trudna droga, szczególnie na obszarach etnicznego, kulturowego czy historycznego pogranicza takich jak Warmii i Mazury. Droga trudna, pełna uprzedzeń, niechęci czy braku zrozumienia, ale chyba jedyna prowadząca do pełnego wyleczenia.

Musimy dyskutować, ale równocześnie musimy dbać o wszystkie elementy krajobrazu kulturowego: miasteczka i wsie, dwory i dworce kolejowe, parki i aleje przydrożne, cmentarze i pomniki. Dbać i pamiętać, że krajobraz kulturowy jest wyróżnikiem
„niepowtarzalnej urody naszego regionu, gdzie przyroda zespalała się z kulturą i przez wieki kształtowała jej oblicze”(18). O ten właśnie krajobraz i jego kulturę musimy szczególnie troskliwie dbać, bo to my jesteśmy gospodarzami tej ziemi.

Krzysztof A. Worobiec
Borussia nr 39, 2007 r.

1. Wiktor Knercer Stosunek państwa i społeczeństwa polskiego do spuścizny kulturowej Warmii i mazur w pierwszych latach po II wojnie światowej w świetle ówczesnej prasy, Studia Angerburica, tom 7, Węgorzewo, 2002.
2. Kazimierz Śmiegielski  Kronika Nadleśnictwa Maskuloińskiego, rękopis.
3. tamże.
4. Ernst Wiechert, Dzieci Jerominów, Olsztyn, 1972,5 por. 1, wypowiedź Zbigniewa Rewskiego.
6. Magdalena Bartnik, Ciche pieśni, o likwidacji cmentarza żydowskiego w Olsztynie,  Borussia nr 37, Olsztyn.
7. Adam Chętnik, Chata Kurpiowska, Warszawa, 1915 (przedruk : Warszawa 1997).
8. Józef Dunin-Karwicki, Z zamglonej i niedawnej przeszłości, Warszawa, 1902.
9. Arno Surminski, Helfried Weyer, Ostpreussen, Berlin, 2004.
10. Borussia, strona internetowa http://www.borussia.pl
11. Janusz Jasiński, Bismarck i inne przypadki droga na manowce, Siedlisko, numer sygnalny, Instytut Zachodni, Poznań, 2005, srt.3.
12. Janusz Jasiński, Jeszcze w sprawie pomnika Bismarcka na Mazurach, Posłaniec Warmiński, nr 2, 2006, str.7.
13. Tomasz Kurs, Przemysław Prais, Ludzie ostrożnie z historią , Gazeta Wyborcza, Olsztyn, 03.12. 2005.
14. Radosław Paździorko, Kłujący symbol, Gazeta Olsztyńska, 20.01.2006.
15. Siegfried Lenz,  Muzeum ziemi ojczystej, Warszawa, 1991.
16. por. 1.
17. Izabela Lewandowska, „Edukacja międzykulturowa szansą na budowanie tolerancji”, Puls Regionu nr 61, str. 17, Olsztyn.
18. Erwin Kruk, List otwarty w sprawie wycinki drzew przydrożnych, Gazeta Wyborcza, 14.02.2005.
Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Artykuły, Krajobraz kulturowy i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.