Ginące Leśniczówki Puszczy Piskiej


Dom na wzgórzu
Z oknami dziesięcioma

W każdym oknie pelargonia nieruchoma
Dom ceglany w słońcu się rumieni
jakby wielkie jabłko na jesieni.
(K. I. Gałczyński)

Leśniczówkę Pranie naznaczył swoimi przyjazdami w latach 1950–1953 poeta Konstanty Ildefons Gałczyński. Dzięki tym pobytom miejsce to, jakby boczną furtką, weszło do kultury polskiej. I w rezultacie stało się dobrem narodowym. W styczniu 2003 r. Pranie zostało wpisane do rejestru zabytków województwa warmińsko-mazurskiego. Nie wszystkie leśniczówki oraz stare gospodarstwa mają to szczęście. Podlegające od 1945 r. nadleśnictwom ulegały stopniowej dewastacji a dzisiaj argumentem leśnych urzędników za ich ostatecznym rozebraniem jest nieopłacalność remontu.

Każdy region ma swoje genius loci. Specyfiką Mazur jest przede wszystkim puszczańsko-jeziorna przyroda, w którą wpisały się leśne osady, skromne kościółki, kameralne cmentarzyki w lasach i przede wszystkim leśniczówki. Razem wzięte stanowią krajobraz kulturowy, ważne dziedzictwo przeszłości.

Ale cofnijmy się wstecz, do XV wieku i schyłku państwa zakonu krzyżackiego. W tym okresie zaczyna kształtować się administracja i gospodarka leśna. Jak podaje Max Toeppen w „Historii Mazur”, w czasach zakonnych nadzór nad leśnictwami i łowami należał do komtura. Wtedy także występowali już leśniczowie, a myśliwych wymieniano wśród niższych sług. W Prusach Książęcych, prawdopodobnie za czasów panowania księcia Albrechta, przekazano nadzór nad łowami i leśnictwem w całym kraju staroście ryńskiemu, noszącemu odtąd tytuł łowczego, później nadleśniczego. Następnie Wielki Elektor utworzył stanowiska podlegających mu dwóch nadleśniczych dystryktów, z których jeden miał nadzór nad Sambią i Litwą, drugi – nad Natangią i Prusami Górnymi. Ich podwładnymi byli leśniczowie a od 1582 r. także wójtowie leśni, objeżdżający bory i pilnujący przestrzegania przepisów leśnych. W końcu XVI wieku znany geograf i historyk Caspar Hennenberger wymienił istniejące wtedy w polskich starostwach zameczki myśliwskie: w Jedwabnie, Rozogach, Przerośli, Pupach (obecnie Spychowo) oraz największe i najpiękniejsze ze wszystkich: w Majczu i Łaźnie. Początkowo zamki piski i olecki były także strażnicami myśliwskimi. W 1717 roku sprawy lasów przekazano kamerom okręgowym a w 1723 Kamerze Wojenno-Skarbowej, w której zasiadali z prawem głosu wielcy nadleśniczowie. Ci ostatni założyli wiele nowych miejscowości, zawierając z pozyskanymi kolonistami tzw. wstępne kontrakty, przedkładane do zatwierdzenia elektorowi lub królowi. W ten sposób powstały m.in. wsie: Rozogi, Jerutki, Jurkowo Węgorzewskie, Jeleni Róg, Zawady.

Zameczki myśliwskie, o których pisze Toeppen, były pierwszymi strukturami rozbudowującej się w ciągu następnych wieków leśnej administracji. Stanowiły rodzaj instytucji opiekujących się jeziorno-leśnymi dobrami książęcymi, królewskimi, w końcu państwowymi. Zwalczały kłusownictwo, zajmowały się wyrębem oraz nasadzeniami lasów, organizowały leśne rzemiosło, oraz wielkie polowania władcom i ich gościom.

Przez wieki wytworzył się etos leśno-wiejskiej społeczności a także architektura zameczków myśliwskich oraz leśniczówek jak również styl wnętrz. Oczywiście skala zamożności była różna – od zameczków i pałacyków, po skromne, dwuizbowe, nierzadko bez piętra, leśniczówki. Ale z czasem i te ubogie (zagubione w lesie) filie administracyjne korzystały z wzorów płynących z góry. W swojej książce „Zostało z uczty Bogów” Igor Newerly opisuje najpiękniejszy pałacyk myśliwski w Puszczy Białowieskiej oraz gabinet dziadka, który był wielkim łowczym cara Aleksandra II:

„A ten pałacyk myśliwski był naprawdę ładny, z modrzewia, w takim jakimś leśno-ażurowym stylu, w naturalnym ciepłym kolorze miodowym drewna z pokostem, poprzecinany balkonami, galeryjkami, opuszczony dzikim winem od dołu po gonciany siwy dach – fantazyjne domostwo, a swojskie przy tym, borowe, jakby tu rosło sobie i wyrosło razem ze strzelistymi świerkami dokoła, z kudłatymi dębami i całą dżunglą leszczyny. (…) Gabinet dziadka – tu się brało lanie i dobre rady i tu się dopiero czuło mężczyzną, w tym zapachu cygar i skóry, między rzędami flint i sztucerów za szkłem a wiązką kordelasów i trąbek na ścianie, w obecności wielkich ksiąg z obrazami w najżywszych kolorach o wszyściutkich zwierzętach i ptakach, o każdym drzewie i każdej roślinie. Poza tym w gabinecie dziadka można było wywołać głosy ludzi i zwierząt, bo na biurku stało dębowe pudełko telefonu z korbką, a na półeczce leżały różne waby, wabiki, odzywające się rykiem jelenia albo popiskiwaniem sarny, albo zającem, który kniazi żałośnie z bólu i przerażenia…”

Natomiast Marion Donhoff w swojej książce „Nazwy których nikt już nie wymienia” jedną z napotkanych przez siebie leśniczówek opisuje następująco: „Budynek nadleśnictwa położony jest w pięknym, ustronnym miejscu zachodniej części Jeziora Łańskiego. Postawiono go całkiem niedawno: pruski mur, biały z czarnymi belkami i nisko opuszczonym trzcinowym dachem. Część mieszkalna łączy się ze stajnią, całość z pompą pośrodku przybiera formę podkowy, otwartej w stronę jeziora; bardzo ładna, nieco przesadna chłopska niemieckość.”

Z kolei urodzony Piersławku koło Piecek pisarz niemiecki Ernst Wiechert w książce „Lasy i ludzie” tak przytacza zachowany w pamięci obraz rodzinnej leśniczówki: „Dom był stosunkowo nowy, kiedy rodzice się doń wprowadzili. Zbudowany z czerwonych cegieł miał też dach z czerwonej dachówki i już przez to jawił się z oddali jako wytwór ładu i solidności skarbu państwa, podczas gdy w naszym krajobrazie czymś oczywistym były drewniane budowle, pokryte trzcinowym lub słomianym dachem. Również pralnia i stajnia zamykająca podwórze w oddaleniu niejakim miały ten sam solidny wygląd, a jedynie stodoła równie dobrze mogła była w swojej drewnianej brutalności stać w jakimś chłopskim obejściu”.

Wiechert słusznie zauważył, że leśniczówki były „wytworem ładu i solidności skarbu państwa”. Budowano je z myślą o urzędnikach państwowych. Umiejscowione w ostępach puszczańskich lub na ich krajach były tego państwa przedstawicielstwami a zarazem przyczółkami. Do ich budowy używano trwałych, dobrych materiałów. Wyglądem zewnętrznym różniły się od prostych, drewnianych wiejskich chałup, ale w sposób oczywisty nawiązywały do tradycyjnej architektury regionu stosując takie elementy dekoracyjne jak pazdur, ozdobnie szalowane szczyty. Deski przybijano w rozmaite wzory: choinkę, romby, szachownice itd. Starsze leśniczówki, te z przełomu XIX i XX wieku były drewniane lub też mieszane – do drewnianej konstrukcji dodawano tzw. pruski mur (np. leśniczówka Zdrużno).

Już w pierwszej dekadzie XX wieku zaczęły pojawiać się leśniczówki murowane, najczęściej z czerwonej cegły (np. leśniczówka Pranie). Były one przestronniejsze, piętrowe, z pokojami na górze dla letników. Ale i one posiadały elementy drewniane – deskowane szczyty z pazdurem, okiennice, ganki lub werandy. Leśniczówki z tego okresu są bliźniaczo do siebie podobne, ponieważ powstawały według tych samych katalogów i wzorników, które zaczęły obowiązywać w coraz bardziej umacniającym się i biurokratyzującym się państwie (np. leśniczówki w gminie Ruciane-Nida: Borek koło Karwicy, Pieczysko koło Szerokiego Boru, Guzianka, a w gminie Mikołajki leśniczówka Lisunia. Kilka lat temu według tego wzoru powstał dom w Gałkowie).

Należy pamiętać, że na Mazurach pod każdym względem cywilizacyjnie zacofanych, leśniczówki pełniły funkcję kulturową, stanowiły rodzaj centrów, były znakami identyfikacyjnymi. Nawet w tych najskromniejszych na półkach stało kilka książek – przede wszystkim o charakterze religijnym (biblia, kancjonały, śpiewniki, modlitewniki, kalendarze, ale również świeckie poradniki). Ponieważ leśniczy najczęściej umiał czytać i pisać, jego dom był również kancelarią, z porad której korzystała ludność leśno-wiejska. Wokół nich koncentrowało się życie społeczno-towarzyskie, powstawały towarzystwa, organizacje, bractwa myśliwskie i łowieckie, które celebrowały obrzędy związane z polowaniami. W końcu wytworzyły się formy kultury leśnej począwszy od stroju, insygniów, symboli, militariów po wystrój wnętrz i siedzib – kominki, trofea (poroża, skóry, oręża), kolekcje broni, wizerunki zwierząt na przedmiotach codziennego użytku, gatunki alkoholi i sposób jego picia. W dalszej kolejności mapy, oraz literatura geograficzno-przyrodnicza. Ważnym elementem tego etosu jest życie duchowe, przekładające się na światopogląd miejsca człowieka w naturze i współżycia z nią. Spośród innych, wiejskich chat, zagród, osad, leśniczówka wyróżniała się zamożnością i dobrobytem. Okolicznemu ludowi jawiła się jako miejsce bezpieczne, któremu należny jest szacunek. Potwierdza to Ernst Wiechert, którego ojciec był przed wojną leśniczym w Piersławku: „wzrastaliśmy w otoczeniu ludzi posługujących się polskim, ojczystym dla nich językiem, nadto uważających leśniczego – ze względu na styl życia, charakter pracy i pochodzenie – za pana.” Do dziś można spotkać osoby, które w pytaniu używają następującej formy językowej: co słychać na Praniu? Nieprzesadzoną będzie teza, że leśniczówki na Mazurach pełniły te wszystkie funkcje, co dwory i pałace ziemiańskie w dawnej Polsce.

W drugiej połowie XIX wieku zaczynają być odkrywane walory turystyczne krainy Smętka. W naturalny sposób leśniczówki przyjmują na siebie rolę pierwszych gościńców, pensjonatów, kwater. Słowem: były prototypem tego, co dzisiaj nazywamy infrastrukturą turystyczną. Powstaje mit wędrowca i gościnnej leśniczówki. W przykłady tego typu obfitują pierwsze przewodniki, pamiętniki i literatura piękna. Jednym z nich może być opis podróży konnej w 1941 r. hrabiny Marion Donhoff po Mazurach: „Poimy konie, sympatyczny nadleśniczy, który właśnie przyjechał na ośmiodniowy urlop z frontu wschodniego, zaprasza nas na obiad i daje kilka wskazówek krajobrazowych na dalszą drogę. Za jego radą ostatecznie decydujemy się na wyprawę w kierunku wschodnim, zwłaszcza, że zapowiedział nas na dzisiejszą noc u swojego kolegi w Dłużku.” Leśniczówki były więc prototypem tego, co dzisiaj nazywamy infrastrukturą turystyczną. Taka jest historia Rucian. W swoim niezastąpionym „Ilustrowanym Przewodniku po Mazurach Pruskich i Warmii” z 1922 r., Mieczysław Orłowicz pisze: „(…) wyrosła tu miejscowość ze zwykłej leśniczówki na uczęszczane letnisko (…). Frekwencja letników rosła przed wojną (I wojną światową – przyp. aut.) z roku na rok – istniało tu kilkanaście willi prywatnych oraz duży dworzec gościnny (Kurhaus) Siegemunda z restauracją i 30 pokojami, gdzie też były ubikacje dla wycieczek zbiorowych.”

Warto też dodać, że po II wojnie światowej na Mazury przyjeżdżało wielu poetów i pisarzy, którzy zaszywali się w leśniczówkach szukając spokoju i ciszy potrzebnych do tworzenia. Z czasem nabywali porzucone domy lub też budowali własne, skromne sadyby. Tak więc leśniczówki były miejscem genezy dzieł literackich m.in. w Puszczy Piskiej te w Praniu, Gąsiorze, Kierzku, Krzyżach, Maskulińskim, Sosnówce. Pisarze zapoczątkowali kolejny mit – leśniczówki jako Arkadii, oazy w cywilizacyjnym zgiełku, miejsca ucieczki przed dotkliwościami historii i stresogennym miastem.

Nie ulega wątpliwości, że twór zwany leśniczówką jest faktem kulturowym, nierozerwalnym elementem dziedzictwa krajobrazowego, a wymienione wyżej funkcje są nadal żywotne. Ze względu na to, że w leśniczówce Piersławek urodził się w 1887 r. wybitny pisarz niemiecki Ernst Wiechert, w latach 90 przeprowadzono w niej kapitalny remont i otoczono szczególną opieką. Nikt nie poważy się rozebrać lub dokonać ingerencji w architekturę Prania, gdyż naznaczył je poeta. Tego typu preteksty są niestety rzadkie i nie chronią dziesiątków innych leśniczówek rozsianych w puszczańsko-jeziornej krainie.
Po 1945 roku organizujące się nadleśnictwa przejmowały nie tylko leśniczówki, ale także gospodarstwa mające służyć pracownikom leśnym. Były to ciężkie powojenne lata, których opis znajdujemy w niepublikowanym dotąd w całości pamiętniku Kazimierza Śmigielskiego. Lata wojny spędził on w Krzyżach jako robotnik przymusowy, po 1945 r. postanowił wrócić w te strony: „Udałem się do nadleśnictwa, którego budynki są mi dobrze znane. Gdy wszedłem na podwórze ogarnął mnie lęk. Dookoła pustka (…) wszedłem do mieszkania – wyłamane okna, rozbite meble i inne sprzęty, porwane chodniki (…).
W pozostałych domach, z których jeden był biurem nadleśnictwa i mieszkaniem sekretarza a drugi był dla służby nadleśniczego, były w podobnym stanie”. I dalej: „Wszystkie leśniczówki i inne budynki nadleśnictwa zdewastowane są do tego stopnia, że nie nadają się do zamieszkania”.

W roku 1946 Śmigielski został pracownikiem nadleśnictwa Maskulińskiego nazwanego tak na cześć inżyniera Mariana Maskulińskiego, zamordowanego wraz z gajowym Ludwikiem Uszko w lasach koło Karwicy w 1945 r. W pamiętniku z kwietnia 1946 r. czytamy: „praca nasza polega na razie na zapoznaniu terenu i odszukaniu wyrobionego przez Niemców drewna w lesie oraz na dopilnowaniu budynków podległych nadleśnictwu (…)” i „W listopadzie tegoż roku (1947 – przyp. aut.) leśniczy Popowski przeprowadził się do słabo odremontowanej leśniczówki Pranie, jest to najpierwsza leśniczówka zamieszkała przez leśniczego”. Tuż po wojnie w Puszczy Piskiej Maskuliński i Uszko nie byli jedynymi zamordowanymi leśniczymi. Na pierwszych osiedlających się tutaj pracownikach służb leśnych stale czyhały niebezpieczeństwa ze strony zorganizowanych band szabrowników, uciążliwym było też życie na odludziu, z dala od punktów aprowizacyjnych, bez środków do życia i funduszy na remonty pozyskanego mienia. A jednak to właśnie ci pierwsi leśniczy podnosili z ruin swoje przyszłe siedziby.

Z biegiem czasu budżety nie wytrzymywały obciążenia i dobra te popadały w stopniową ruinę. Kolektywna odpowiedzialność nie mogła zastąpić rzetelnego gospodarza, troskliwie dbającego o brakujące dachówki i oberwane rynny. Termin „własność” wypierany był ze świadomości powstającego, socjalistycznego społeczeństwa. Do tego doszły absurdy prawne: do dziś wielu leśniczówek, zgodnie z przepisami nie można sprzedać, ponieważ położone są w enklawach leśnych. Z braku środków na ich utrzymanie skazane są na zagładę.

Taki los spotkał leśniczówkę w Wądołku w gminie Pisz. W 5 numerze „Znad Pisy” z 1997 r. opisana została historia huty żelaza oraz niewielkiej osady wokół niej, o nazwie Wądołek. Huta, której budowę rozpoczęto w 1779, istniała do 1880 roku. Po wyprowadzce ostatniego dyrektora, do jego mieszkania wprowadził się leśniczy Schmidt z rewiru Wądołek, wchodzącego w skład nie istniejącego dziś nadleśnictwa Wilcze Bagno (Wolfsbruch). W latach międzywojennych osadę chętnie odwiedzali turyści. Obok leśniczówki istniała tam gospoda z miejscami noclegowymi i pensjonat. Główną atrakcję stanowiły ruiny huty wraz z urządzeniami hydrotechnicznymi służącymi do jej napędzania – stawy, jazy, turbiny, miechy dmuchaw. Nad Młyńskim Stawem, z którego spływająca woda napędzała turbiny huty, wybudowano dla turystów altankę widokową. Po wojnie z osady pozostała tylko leśniczówka, zwana Jeleni Bór. Nie zniszczyły jej siły natury, ani historyczne kataklizmy, a mimo to administracja leśna ją rozebrała, w czym należałby upatrywać syndromu dentysty, który usuwa cęgami spróchniały ząb, aby nie świadczył o wcześniejszych zaniedbaniach. A przecież w 1993 roku znalazł się Piszanin, który chciał leśniczówkę wydzierżawić i przywrócić jej niegdysiejszą postać. Ryszard W. Pawlicki, autor wspomnianego artykułu o Wądołku, tak to komentował: „(…) źle się stało, że nie uratowano tego ostatniego elementu w kulturowym krajobrazie dawnej osady. A przecież obiekt można było przekazać innemu użytkownikowi (np. w Wielkopolsce opuszczone leśniczówki przeznacza się na tzw. zielone szkoły”. Autor postulował także, aby tym co pozostało po osadzie, a w szczególności po hucie, zainteresował się Wojewódzki Konserwator Zabytków, ustanawiając tzw. trwałą ruinę. Tak się jednak nie stało – rozsypce ulegają fundamenty budynków i czytelne jeszcze ślady po urządzeniach hydrotechnicznych.

Także Piskorzewo, leżące dwa kilometry na północ, podzieliło los zaniedbanego wcześniej zęba – Wądołka. Pozostałości po rozszabrowanej po 1945 roku osadzie, dwa gospodarstwa należące do Lasów Państwowych, ostatecznie zlikwidowano w 2001 roku. Teren zaorano i zalesiono.

Parę lat wcześniej, bo około 1995 roku przestało istnieć inne gospodarstwo, leżące na skraju Nowej Ukty w gminie Ruciane-Nida. Stojący na niewielkim wzniesieniu, pod lasem, drewniany budynek mieszkalny z przełomu XIX i XX wieku wraz z zabudowaniami gospodarczymi został rozebrany mimo że do ostatniej chwili był zamieszkały. Całe gospodarstwo nie było „enklawą leśną”, lecz leżało na terenie rolnym. Administracja Lasów Państwowych nie zalesiła tego terenu, więc do dziś pozostał tam tylko ugór.
Natomiast na miejscu, gdzie stała niegdyś gajówka w Klonie (powiat Szczytno, gmina Rozogi), pasą się krowy. Jeszcze osiem lat temu stał tam prawie stuletni drewniany dom postawiony na solidnie wykonanym, kamiennym fundamencie, murowana obórka i kamienna piwnica. Gajówka wraz z pobliskim cmentarzykiem była malowniczo położona na skraju brzozowego lasku, otaczał ją sad i kwiatowy ogród.

W 2001 r. zrównano z ziemią potężny, kamienno-ceglany budynek gospodarczy w Kulinowie, gmina Mikołajki. Był to ostatni z trzech obiektów stanowiących zaplecze folwarku i letniska. Jak pisał w swoim przewodniku Mieczysław Orłowicz, Kulinowo „było małym letniskiem o kilku willach”, do którego prowadziły „zaopatrzone w ławeczki ścieżki”, gdyż roztaczał się stąd piękny widok na jeziora Mikołajskie i Śniardwy oraz przyjeżdżały wycieczki mieszkańców Mikołajek i okolic. Po II wojnie światowej z tego miejsca jeziorny krajobraz podziwiali już tylko robotnicy leśni. Z czasem zniknęły wille letniska, folwark, budynki gospodarcze a do dzisiaj pozostały tylko wątpliwej urody budynki mieszkalne wybudowane przez nadleśnictwo dla swoich pracowników. I wcale nie świadczą one o „ładzie i solidności skarbu państwa”.

W ostatniej chwili odwołano wyrok na leśniczówkę Borek w Karwicy. Los okazał się dla niej łaskawy, gdyż mimo ogłoszonego przetargu na rozbiórkę, znalazł się dzierżawca, który w ciągu jednego roku należycie ją zabezpieczył przed dalszą dewastacją, a wnętrza odnowił nie ingerując w ich strukturę i stylistykę. W tym jednym z nielicznych przypadków, harmonia natury i architektury nie została zachwiana. Wciąż niepewna jest przyszłość budynku w Turośli (gmina Ruciane-Nida), gdzie po wojnie mieściła się siedziba nadleśnictwa a potem leśnictwa. Powołajmy się znów na Mieczysława Orłowicza, który pisał o Turośli: „(…)niedaleko granicy Królestwa Kongresowego leży wśród łąk i lasów uboga wieś Turośl. (…) Jest to jedna z najbiedniejszych osad na Mazurach.” Pomimo tego to właśnie tu postawiono bardzo okazały, piękny, drewniany, piętrowy budynek, z wyglądu przypominający bardziej rezydencję miejską lub dwór. Zachowano jednak typowe elementy architektury lokalnej i koronkowe, drewniane zdobienia. Obecnie budynek stoi pusty i nieogrzewany staje się ofiarą pracowitych robaków i pleśni. Zamiast przeprowadzić jego remont, postawiono we wsi dwie nowe leśniczówki, standardowe pudełka – potworki, pokryte sidingiem. Zagrożone jest również dalsze istnienie leśniczówki Zdróżno, gmina Ruciane-Nida, jednego z najbardziej okazałych kompleksów leśnych gospodarstw.

O ratunek wołają: ceglana obora (częściowo z pruskiego muru), drewniana stodoła o solidnej konstrukcji, wolnostojący piec chlebowy i budynek mieszkalny z II połowy XIX wieku, częściowo drewniany, częściowo murowany, z elementami pruskiego muru. Rozmaite monity i pisma w sprawie Zdróżna trafiają w próżnię. Administrator, czyli Nadleśnictwo Maskulińskie argumentuje, że leśniczówki nie opłaca się już remontować, a „jej likwidacja jest zgodna z aktualnie realizowanym w Lasach Państwowych programem likwidacji zbędnej infrastruktury. Również cele realizowanej przez nas gospodarki łowieckiej wymuszają konieczność zmniejszenie antropopresji oraz konieczność wprowadzenia jeszcze większej ciszy i spokoju dla ostoi jeleni i dzików (…).” Zdaje się, że w tym miejscu już wkrótce zostanie tylko niewielki cmentarzyk z żeliwnymi krzyżami z 1876 i 1978 roku (odlanymi w hucie Wądołek?), do którego przytuli się wielkie cmentarzysko cegieł i fundamentów – pozostałości po imponującym kiedyś zespole leśno-gospodarczym Zdróżno.

To tylko zauważone przykłady z naszego najbliższego sąsiedztwa. Można dodać do nich dwie drewniane stodoły w Iznocie i Rucianym-Nidzie (ta ostatnia zbudowana z potężnych bali), rozebrane w 2000 i 2001 r. Ile jednak takich obiektów zniknęło bez śladu i rozgłosu? Ile z nich było cennymi zabytkami? O te obiekty stał się uboższy krajobraz Mazur, ale również my i ci którzy po nas nadejdą. Architektura jest formą ludzkiej duchowości. Jeżeli rację ma poeta, który mówi, że oczy są zwierciadłami duszy, to nasze oczy są o te leśniczówki i ich przyległości uboższe, a zatem i dusza. Czy stratę tę mogą zrekompensować nowe domy, szkoły, pensjonaty, letniska? Nie, ponieważ powstają w stopniu masowym i nie mogą zadośćuczynić temu, co jednostkowe a zatem unikalne. W zdaniu o konieczności „likwidacji zbędnej infrastruktury” nie ma krzty wyobraźni i urąga ono wyobraźni wielu ludzkich pokoleń rzemieślników, majstrów, architektów, gospodarzy, którzy z trudem powoływali w nieprzyjaznej puszczy byty duchowe, do których należy również architektura. W świetle takich decyzji traci sens poświęcenie i ofiarność pierwszych powojennych leśniczych.

W 1999 roku powstał międzynarodowy program edukacyjny na rzecz ochrony krajobrazu historycznego, właściwego kształtowania przestrzeni przyrodniczej i kulturowej Polski, który powinien być realizowany według zarządzenia Prezesa Rady Ministrów nr 41 z dnia 27. 07. 1999 r. W skład zespołu opracowującego ten program weszli przedstawiciele m.in. Ministerstwa Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa. Jednym z jego celów jest wskazywanie, że „krajobrazowe otoczenie przyrodnicze i kulturowe posiada różnorodne treści historyczne i jest niezastąpionym zasobem i przekazem rodzimych i narodowych tradycji pozwalających na indywidualne i zbiorowe określanie się i identyfikację ze swoją „małą ojczyzną” i regionem (…)” Czytamy w nim także, że „historyczne parki, ogrody, cmentarze i zabytkowe założenia krajobrazowe nie są, w przeciwieństwie do dóbr natury, odnawialne, a na pewno nie w taki sam sposób. Dlatego program wypełnia lukę jaka występuje w powszechnej edukacji odnośnie uświadamiania potrzeby i zalet obszarowej ochrony i pielęgnacji dóbr kultury.”

Wątpliwe, czy dokument ten dotarł do urzędników mazurskich nadleśnictw, bezpośrednio odpowiedzialnych za leśniczówki i nierzadko przylegające do nich małe cmentarzyki. Obawiamy się, że jego szlachetne przesłania pozostaną tylko na papierze. Wszak praktyki podległych Ministerstwu Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa jednostek terenowych są zgoła przeciwne. Nadleśnictwa są dziś przedsiębiorstwami zainteresowanymi wyłącznie bilansem zysków i strat, wynikającym ze sprzedaży drewna i organizacji polowań. Poczucie jakiejkolwiek misji wobec dziedzictwa przeszłych pokoleń, które bądź co bądź otrzymali w spadku, przestało obowiązywać. To czym jesteśmy i co o nas świadczy pochodzi z przeszłości. Jedną z miar wartości każdego pokolenia jest to, ile zdoła ono ocalić dla tych, co przyjdą po nich. W dużym stopniu od nadleśnictw zależy na ile genus loci krajobrazu architektoniczno-przyrodniczego Mazur nie zatraci w przyszłości swojej specyfiki i odmienności, na ile powszechna dziś argumentacja ekonomiczna spowoduje, że krajobraz ten ulegnie unifikacji, że nowe mazurskie leśniczówki budowane będą z powszechnie stosowanych dziś na świecie półfabrykatów. Brak zainteresowania wobec dziedzictwa kulturowego jakimi są nierzadko ponad stuletnie leśniczówki grozi standaryzacją krajobrazu mazurskiego.

Patronem roku 2002 był Konstanty Ildefons Gałczyński (być może gdyby jego planów nie przekreśliła wczesna śmierć, byłby sędziwym, 99-letnim mieszkańcem leśniczówki Zdróżno) i warto przytoczyć w tym miejscu jedną z mądrych jego strof:

„Nasz każdy wiersz zaorzą pługiem,
będą kartofle, potem wódka,
bo nasze życie – za długie,
a sztuka – za krótka”

Oby taki los nie spotkał mazurskich leśniczówek i oby nie zakwitł po nich kartoflano-wódczany krajobraz.

Wojciech Kass
Krzysztof Worobiec
Znad Pisy nr 12/2003

Ten wpis został opublikowany w kategorii Krajobraz kulturowy i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.