Rozwój Warmii i Mazur – skansen czy postęp

Postępowcy mówią: Jak nie będziemy mieli nowych, szerszych dróg i hoteli, Warmia i Mazury zostaną zaściankiem. Ostrożnie z tym rozwojem, nie przesadźmy, by nie stracić tego, co w regionie najcenniejsze – ostrzegają inni.

Jeszcze nigdy Warmia i Mazury nie miały takiej szansy na rozwój. Przez kilka najbliższych lat będzie do wzięcia ponad miliard euro z unijnych funduszy na inwestycje w regionie. Wypada się cieszyć. Problem polega na tym, że takie bogactwo niesie ze sobą nie tylko możliwości. Mniejsze i większe szanse, ale niewłaściwie wykorzystane mogą regionowi zagrozić.

Wiodącym argumentem tych, którzy się tego rozwoju obawiają, jest planowana przebudowa drogi krajowej nr 16. Nowa trasa ma przecinać najbardziej atrakcyjne tereny Wielkich Jezior Mazurskich. Największe protesty wywołał pomysł wybudowania 350-metrowego mostu przez jezioro Tałty, kilka kilometrów od Mikołajek. Przeciwnicy alarmują, że na Mazurach szykuje się druga Rospuda, bo droga przetnie obszary piękne krajobrazowo, na których żyje wiele chronionych gatunków roślin i zwierząt, w tym żółw błotny czy orzeł bielik. Nowa, szeroka i szybka droga ściągnie ruch tranzytowy z Zachodu ku wschodnim granicom Polski. Co na tym zyskają Mazury? Lepszy dojazd do kurortów i wypoczynkowych miejscowości, ale także jeszcze większy ruch tirów, tam, gdzie tak cenna jest przyroda. Nikt nie neguje, że „16” powinna być drogowym kręgosłupem woj. warmińsko-mazurskiego i konieczny jest jej remont, ale powinna służyć głównie miejscowym i turystom, którzy przyjeżdżają tu wypocząć, a nie mknącym ku granicy ciężarówkom.

Unijne pieniądze to także szansa dla rozpadających się zabytków. Niestety, wcale nie jest trudno wyobrazić sobie, jak w ferworze remontów, przebudów, nadawania nowych funkcji starym murom zostanie zaprzepaszczone dziedzictwo tworzone przez pokolenia. Szczególna uwaga należy się obiektom najcenniejszym, takim jak przedzamcze zamku w Lidzbarku Warmińskim, historycznej stolicy Warmii. Prywatna firma, która kupiła tamtejszy zespół budynków, w którego skład wchodzi pałac przebudowany w XVIII w. przez biskupa Adama Grabowskiego, chce go przerobić na luksusowy hotel i centrum konferencyjne. Niszczejący od lat zabytek wreszcie doczekał się gospodarza, ale to nie oznacza, że może on robić tam wszystko, co mu się podoba. Tymczasem pomysł, by pod dziedzińcem zbudować hotelowy parking, do którego samochody wjeżdżałyby z zamkowej fosy, to przesada.

Gminy, miasta, stowarzyszenia, przedsiębiorstwa…, wszyscy chcą uszczknąć coś z unijnej kasy. Chcą modernizować, zmieniać, budować przerabiać. I niech to robią, tylko niech nie zapominają, że nic się nie starzeje tak szybko jak nowoczesność. To, co jeszcze niedawno wydawało się szczytem postępu, kilka czy kilkanaście lat później jest postrzegane jako staromodne i brzydkie. Pół biedy, gdy dotyczy to tego, co można naprawić. Gorzej, gdy nowoczesność powoduje poważne zmiany w krajobrazie i środowisku, a nawet nieodwracalne jego zniszczenie. Przykładów nie trzeba długo szukać. Wystarczy popatrzeć na popegeerowskie blokowiska szpecące tak wiele warmińskich i mazurskich wiosek. Kiedyś mieszkanie w bloku było spełnieniem marzeń i synonimem postępu. Dziś betonowe bryłki przypominają o epoce złudnej modernizacji, która nie wytrzymała próby czasu.

Znane są już propozycje, by Warmia i Mazury w planowaniu rozwoju na najbliższe lata wzięła przykład z włoskiej Toskanii. Można o tym przeczytać chociażby na łamach ostatniego kwartalnika „Borussia”. Co łączy dwa tak odległe regiony? Oba są atrakcyjne turystycznie – znając oczywiście proporcje. Mają wyjątkowy krajobraz o pewnych podobieństwach – pofałdowane przestrzenie, nasze przydrożne aleje przypominają szpalery cyprysów. Różnica jest taka, że Toskania swoje „słabości” zamieniła w atuty, stawiając na rozwój turystyki oraz tradycyjnego rolnictwa o wyspecjalizowanej produkcji, przy ograniczeniu przemysłu do wyznaczonych obszarów. Na gości czekają niewielkie hotele, małe pensjonaty, gospodarstwa agroturystyczne, a dodatkowym atutem jest lokalna kuchnia i produkty lokalne. W Toskanii preferowana jest tzw. łagodna turystyka, która kieruje się zasadami: wolno, cicho, aktywnie. Jej podstawą jest HARMONIA między potrzebami przyjezdnych, środowiska naturalnego i lokalnych społeczności. Czy jednak ktoś powie, że Toskania jest zacofana?

Wzorów możemy też szukać na wyspie Bornholm, która klimatem jest nawet bliższa północno-wschodniej Polsce niż słynąca z oliwnych gajów i winnic Toskania. Tam w latach 80. mieszkańcy zdecydowali się postawić na turystykę wyspecjalizowaną i stworzyli raj dla turystów aktywnych, głównie cyklistów, z setkami kilometrów ścieżek rowerowych, tanimi wypożyczalniami sprzętu i odpowiednią infrastrukturą.

Tymczasem nasi rodzimi postępowcy i niby-światowcy próbują przekonywać, że każda inwestycja to usprawiedliwiony postęp, wieżowiec to symbol nowoczesności, a wszyscy, którzy im się sprzeciwiają, to niewykształcona gawiedź, w dodatku krzykacze, którzy skazują nas na jazdę furmankami – bo to dla nich jeden z symboli zacofania – i życie w skansenie. Co jednak jest lepsze: rozwojowy skansen, a może zaściankowy postęp?

Rozwój i inwestycje są potrzebne, ale w takim regionie jak nasz trzeba je planować z głową. To szczególnie ważne teraz, gdy na realizację wieloletnich zamierzeń można uzyskać wielkie środki z europejskich funduszy.

Argumenty zwolenników „furmanek i skansenów” oraz inwestycji będziemy przybliżać
w najbliższych tygodniach na łamach „Gazety Wyborczej”.

Magda Brzezińska
Artykuł ukazał się 20 stycznia 2009 w olsztyńskim dodatku Gazety Wyborczej w ramach cyklu „Skansen czy rozwój” zrealizowanego przy współpracy z Sadybą.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Skansen czy rozwój – cykl artykułów i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.