Skansen czy postęp? Jak nie stracić odmienności – Rozmowa z Robertem Trabą

Postęp to nie to samo, co inwestycje. Marzymy o nowych drogach. Dlaczego nie możemy być regionem, w którym na niektórych szlakach obowiązuje ograniczenie prędkości do 60 km na godzinę? – pyta Robert Traba.

Cykl artykułów o tym, w którym kierunku powinien zmierzać rozwój regionu. Warmia i Mazury mają szansę dostać ponad miliard euro z Unii Europejskiej. Tak dużo pieniędzy może nam pomóc, ale i zniszczyć specyfikę regionu. Postawiliśmy pytanie: jak dzięki nim się rozwijać, by zachować naszą odmienność?

Magda Brzezińska: Co to jest nowoczesność?

Robert Traba: Nowoczesne jest to, co wytrzymuje próbę czasu, co zmienia nasz utarty sposób myślenia, tworzy nowe wartości, ale niekoniecznie burzy stare. Żeby taką nowoczesność realizować w praktyce, w regionie potrzebne jest długofalowe myślenie oraz harmonijna współpraca między władzami samorządowymi, inicjatywami obywatelskimi i kreatywnymi środowiskami kultury. Wsparcie urzędników oraz mediów może upowszechnić i utrwalić nowe sposoby myślenia. Dziś wielu wydaje się, że przebudowanie drogi krajowej nr 16 biegnącej przez środek woj. warmińsko-mazurskiego w trasę szybkiego ruchu jest nowoczesne. Ale w perspektywie czasu może się okazać, że jest właśnie na odwrót. „Szesnastka” mogłaby być praktycznym laboratorium nowoczesnego myślenia i solidarności ponad egoizmem wąskich grup interesów.

W ostatnim numerze kwartalnika „Borussia” przewija się temat modernizacji na Warmii i Mazurach. W 18-letniej historii pisma to chyba piąty taki przypadek, że zeszyt ma charakter manifestu. Tak ważny to problem?

Ten pomysł zrodził się z doświadczeń ostatnich kilku lat. Z jednej strony, to dość banalne odkrycie, że, odkąd Polska weszła do Unii Europejskiej i strefy Schengen, zniknęły granice. I nagle świat – nie w sposób teoretyczny, ale najzupełniej praktyczny – stał się dostępny na wyciągnięcie ręki. Warmia i Mazury straciły przez to walor miejsca niezwykłego, tylko dlatego, że opiewali go poeci, że kiedyś leżały za żelazną kurtyną i trudno było do niego dotrzeć. Dzisiaj musimy szukać nowego sposobu na wyrażenie swojej inności, po to, by stać się atrakcyjnymi dla świata i dla siebie samych. Choć życie sprawia, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat mieszkam w różnych miejscach, to zawsze czuję się olsztynianinem i nigdy się nie wymeldowałem z naszego miasta. Będąc „tutejszym”, jestem jednocześnie obserwatorem z zewnątrz. Boli mnie, że wpadamy w pułapkę festiwalizacji życia. Cieszymy się, że zalewają nas rzesze turystów, że organizowane są koncerty szantowe, festiwale folkowe, że Warmia i Mazury przez dwa miesiące żyją. Czy w tym jest coś szczególnego? Podobne festyny organizowane są w dziesiątkach innych polskich miast. Ta atrakcyjność nie bazuje na naszej odmienności. Przemierzając Europę nie szukamy tego, co jest nam znane, tylko specyfiki odkrywanych miejsc. Właśnie odkrywanie nieznanego jest magnesem. I ta właśnie refleksja w długiej perspektywie powinna być wyznacznikiem myślenia o przyszłości naszego regionu.

Czy to oznacza, że niepokoi się pan o przyszłość Warmii i Mazur?

Boję się, bo gdy nagle pojawiła się skarbonka z napisem „Unia Europejska”, chcemy z niej korzystać bez refleksji. Są pieniądze, to budujmy drogi. Często bez namysłu nad kulturowo-ekologicznymi uwarunkowaniami inwestycji. I nagle się okazuje, że do leśniczówki, która dotąd była zagubiona gdzieś w lasach, wiedzie asfaltowa szosa, zamiast dobrze utrzymanej szutrówki. Albo przy starej drodze buduje się nową i powstają dwie równoległe trasy. Takich paradoksów można wyliczyć mnóstwo. A przy tym zapomina się, że priorytetem Unii Europejskiej jest ochrona praw człowieka i ekologia. Trzeba wyjść ze schematu, że postęp to znaczy to samo, co wielkie inwestycje. A dobre drogi równają się trasom szybkiego ruchu przez unikalne krajobrazowo tereny. Dlaczego nie możemy być regionem, w którym na niektórych szlakach obowiązuje ograniczenie prędkości do 60 km na godzinę?

Czy nie obawia się pan, że w ten sposób staniemy się zacofanym skansenem – jak często mówią zwolennicy rozwoju, w którym oglądamy się za siebie zamiast spojrzeć w przód?

Dla mnie skansenem są ci, którzy w naiwny sposób myślą o nowoczesności, ograniczając ją do techniki i komercjalizacji życia. Przyjmują powierzchowne wzory z Zachodu, które wydają im się radą na wszelkie problemy. Stąd wolą wielki hotel, bo to oznacza nowe miejsca pracy, zamiast gospodarstw agroturystycznych. Polityka rządu i regionów wspiera takie myślenie. Nie ma powszechnego programu ochrony krajobrazu kulturowego, w którym również wspierałoby się ekonomicznie innowacyjne pomysły „małej turystyki”.

Widziałem ostatnio bardzo ciekawy film o podróżniku i znanym himalaiście Reinholdzie Messnerze, który walczy o zachowanie tożsamości Piemontu. Tam dzieje się dokładnie to, co grozi nam. Postawiono na masowych turystów i zapomniano o ginącym świecie autentycznego Piemontu. Nazywam ten rodzaj turystyki „kolonialną”. Oznacza on maksymalną eksploatację miejsca dla relaksu i własnej przyjemności, bez kulturowego kontekstu. Jest to zjawisko uniwersalne, od którego nie uciekniemy. Pamiętam, jak kiedyś podczas badań pokazałem studentom Uniwersytetu Warszawskiego historyczną granicę między Prusami a Mazowszem. Byli bardzo zdziwieni, że coś takiego istnieje. Z drugiej strony można spotkać coraz więcej turystów szukających alternatywnych form wypoczynku, którzy zwiedzając Warmię i Mazury dosłownie łakną naszej inności. W tej formie turystyki upatruję szansę dla mieszkańców Warmii i Mazur. Dzięki długofalowo subwencjonowanym programom samorządowym i rządowym można zachęcić ludzi nie tylko do pozostawania tutaj, ale też dać im poczucie uczestnictwa w unowocześnianiu własnych standardów życiowych.

Czy można pogodzić te dwa sposoby patrzenia na modernizację? Ten, który rozwój widzi jako nowe inwestycje, zwiększenie ruchu turystycznego, huczne festyny. I ten, dla którego postęp to zachowanie tego, co wyróżnia nasz region spośród innych?

Jestem idealistycznym pragmatykiem. Nie chcę walczyć przeciw festynom, bo one – podobnie jak turystyka kolonialna – są znakiem naszego czasu. Ale zależy mi, by władze województwa szukały dla nich alternatywy. Przed masowością nie uciekniemy. Nie wydaje mi się, żeby można było uratować od tego na przykład Mikołajki czy Giżycko. Ale już kilka kilometrów od nich są cenne miejsca, które trzeba chronić. Niech Mikołajki będą mekką dla tych, którzy chcą się bawić głośno na dyskotekach, ale zachowajmy też enklawy spokoju, oryginalności i specyfiki.

To na co powinniśmy wydawać pieniądze z Unii, skoro nie tylko na drogi i hotele?

W zeszłym roku przepłynąłem mazurskie jeziora i było mi strasznie smutno, bo poziom naszych stanic jest gorzej niż średni. I wcale nie chodzi o to, by budować ogromne porty na setki jachtów, ale małe przystanie, w których można by w spokoju odpocząć. Dobre drogi – TAK, ale niekoniecznie „szybkie przelotówki” w duchu pana Hołowczyca. Sieć dróg rowerowych, szlaki turystyczne i parki krajobrazowe, które nie będą utrudniały życia mieszkańcom. Marzy mi się wreszcie interakcyjne, nowoczesne MUZEUM w Olsztynie, które dorównałoby naturalnej wyjątkowości Warmii i Mazur. Mogłoby ono na przykład opowiedzieć o nowoczesności i tradycji naszego regionu.

Inna sprawa, że ciekawe i piękne miejsca są dziś często zupełnie zaniedbane.

Problemem Mazur i Warmii jest to, że nie ma tu już prawie dawnych mieszkańców, ale zostało ich dziedzictwo materialne – przyroda, budynki. Trzeba je chronić, nadając im jednocześnie nowe sensy, wartości, które wypływają z doświadczeń nowych pokoleń. Wartością jest też różnorodność kulturowa ludzi, którzy teraz żyją na tym terenie.

Po każdym okresie rozwoju regionu coś zostaje. Spuścizną po socjalistycznej gospodarce na Warmii i Mazurach są upadłe PGR-y, zdewastowane pałace, blokowiska w środku wsi. Co zostanie po dzisiejszych czasach?

Słynny pałac w Sztynorcie jest smutnym przykładem, że dewastacja zabytków nie jest wymysłem PRL-u, a paradoksalnie niejeden PGR uratował przynajmniej zewnętrzną kubaturę zabytku, by wymienić Sorkwity czy Drogosze. Zależy, czy uda się nam pogodzić galopującą komercjalizację z gotowością do głębszych zmian, czasem na przekór tanim modom. Można już zauważyć, że tworzy się nowa generacja ludzi, która inaczej zaczyna myśleć o regionie. Nie są tylko zafascynowani tzw. rozwojem, ale także szukaniem sposobu na ochronę unikalności krajobrazu kulturowego. Jego istotą nie jest ani ekologia, ani zabytek, ani przyroda sama w sobie, lecz człowiek wrażliwy, który potrafi z tych wszystkich elementów tworzyć przyjazne otoczenie. Twórzmy republikę ludzi rozsądnych!

Robert Traba
Historyk, politolog, kulturoznawca; założyciel olsztyńskiego stowarzyszenia Wspólnota Kulturowa Borussia; dyrektor Centrum Badań Historycznych Polskiej Akademii Nauk w Berlinie

Magda Brzezińska
Artykuł ukazał się 27 stycznia 2009 w olsztyńskim dodatku Gazety Wyborczej w ramach cyklu „Skansen czy rozwój” zrealizowanego przy współpracy z Sadybą.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Skansen czy rozwój – cykl artykułów i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.