Uciekł na Suwalszczyznę w poszukiwaniu ciszy


Czy Warmia i Mazury są faktycznie takie wyjątkowe, a może już zniszczyliśmy magię tego miejsca? Prof. Andrzej Strumiłło spędził tu pół życia, ale teraz uciekł w poszukiwaniu spokoju na Suwalszczyznę.

To będzie długa opowieść – tak odpowiedział mi profesor, gdy do niego pierwszy raz zadzwoniłam i powiedziałam, że chciałabym z nim porozmawiać o tym, jak przez ostatnie dziesięciolecia zmieniły się Mazury i dlaczego opuścił te tereny. I zaczął opowiadać.

Urodziłem się w Wilnie, ale w 1945 r. jako repatriant i uciekinier przed reżimem i biedą, znalazłem się w granicach współczesnej Polski. Po wojnie szukałem nowej ojczyzny, ziemi, która przypominałaby moją krainę dzieciństwa. Wtedy odkryłem Mazury. W 1948–49 r. były niczym ziemia obiecana – kraina „rybna”, czysta, miejscowi ludzie trochę wystraszeni, ale przyjaźni. Spędzałem dużo czasu nad Jeziorem Nidzkim z rybakami. Przyjaźniłem się z mieszkańcami Wojnowa i Krutyni. To byli wspaniali, prości ludzie, staroobrzędowcy i ewangelicy. Cieszyłem się każdą wolną chwilą spędzoną wśród wolnej i wspaniałej mazurskiej przyrody.

Dzika Puszcza Piska

O tym, by na stałe przenieść się na Mazury, zdecydowałem wiosną 1953 r. po powrocie z Moskwy. Byłem tam na szkoleniu dla wykładowców szkół artystycznych. Zrezygnowałem z dalszej pracy w szkolnictwie – mierziła mnie wszechobecna pochwała reżimu.

Uciekłem do Puszczy Piskiej. Razem z żoną i dziećmi osiedliłem się w opuszczonej chałupie w miejscowości Krzyże. Warunki były spartańskie – często nie można tu było kupić nawet chleba i cukru. Żeby dostać się do sklepu, trzeba było płynąć 10 km łodzią do Rucianego, a i tak nie było gwarancji, że coś się kupi. Łowiłem ryby, sadziłem kartofle, zbierałem grzyby, trochę kłusowałem. Ale miałem czas na malowanie, a mojej rodzinie dobrze tam się żyło. Po sąsiedzku znajdowała się leśniczówka „Pranie”, w której gospodarował Stanisław Popowski. Przyjeżdżali tam ciekawi, otwarci ludzie, m.in. ojciec Karola Modzelewskiego, Jerzy Putrament, Jerzy Borejsza, Ziemowit Fedecki, Agnieszka Osiecka. Nad leśniczówką unosił się ciągle duch Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Gdy przyszedł październik 1956 r., pojawiła się nadzieja, że nadejdzie poprawa. Dostałem propozycję przeniesienia się do Warszawy. To było mi nawet na rękę, bo moje dzieci dorosły do wieku szkolnego. W mazurskiej chacie nie było prądu, a do najbliższej szkoły 5 km piechotą. A ja nawet roweru nie miałem.

W Warszawie pracowałem intensywnie. Zajmowałem się głównie sztuką użytkową, wystawiennictwem i ilustracją. Organizowałem pierwsze wolne wystawy w Arsenale. Praca dawała mi możliwość wyjazdów zagranicznych. Ale zawsze gdy wracałem, konfrontowałem moje wrażenia z Mazurami. Porównanie nawet wielkich Chin z roku 1954 wypadło na korzyść Mazur, bo były czystsze i spokojniejsze.

Powrót na Mazury

Jednak z czasem Mazury zaczęły się zmieniać. Gdy wyjeżdżałem z Krzyży w 1956 r., oddałem cały swój dobytek, sienniki, wiadra i łopatę koledze z krakowskiej ASP, który osiadł w Rybaczówce. I on zaczął rozkręcać ruch turystyczny. Przyjeżdżali do Krzyży ludzie ze świata kultury, cały Studencki Teatr Satyryków, Olga Lipińska, Pietrzak. Po latach nie mogłem poznać tego miejsca. Tam gdzie jeszcze niedawno był las i dzika przyroda, budowano zakładowe ośrodki wczasowe.

Źle działo się w całej okolicy. W pięknej rybackiej wiosce Nida wybudowano wielką fabrykę płyt pilśniowych, a wokół osiedle robotnicze. To była pomyłka, ale wtedy uważano, że fabryka to postęp. Dziś po niej zostały ruiny i ludzie bez pracy. Zdewastowano piękny, cichy las, wyburzono tradycyjne zabudowania. To przykład na to, jak ostrożnie trzeba się obchodzić z krajobrazem. Po błędach pozostają blizny na zawsze. Powinno to być przestrogą dla ludzi inwestujących na Mazurach.

Wyniosłem się z Krzyży w okolice Niedźwiedziego Rogu nad Śniardwami. To było o wiele spokojniejsze miejsce. Byłem tam długi czas jedynym mieszkańcem, którego można by nazwać turystą. Od Popielna po Kaczerajno – absolutna cisza i spokój. Wspaniała przestrzeń wody i puszczy.

W 1972 r. zacząłem budować dom nad brzegiem jeziora Śniardwy. Budowałem go przez 10 lat z wielkim trudem. Z kamieni wyciąganych z jeziora i z drewna powstawał dom marzeń. Zachowywałem przy tym dyscyplinę architektoniczną, i szacunek wobec krajobrazu, starając się ukryć swoją obecność.

Początek lat 70. był czasem wielkich zmian. Władze podpisały umowy międzynarodowe i ludzie nabrali poczucia, że tereny byłych Prus Wschodnich będą do Polski należeć już zawsze. Zaczęto kupować ziemię i budować domy. Mazury zaludniały się w coraz szybszym tempie.

Marzenie o parku narodowym

Nie stałem z opuszczonymi rękami. Starałem się jak najwięcej zrobić dla tej ziemi. Przez pięć lat byłem pierwszym przewodniczącym Społecznej Rady Mazurskiego Parku Krajobrazowego. Radziłem, jak chronić Mazury przed nietrafionymi inwestycjami. Były pomysły, aby na Czarciej Wyspie na Śniardwach postawić wysoką stalową wieżę, a na wyspie Wielki Ostrów zbudować ogromny kompleks hotelowy. Takich pomysłów było wiele, nie wszystkie udało się powstrzymać, pomimo starań koalicji ludzi, którzy chcieli zachować walory krajobrazowe Mazur.

Wielkie Jeziora były wtedy w woj. suwalskim. Od ówczesnego wojewody dostałem zaproszenie, aby ożywić życie kulturalne tego regionu. W klasztorze nad Wigrami organizowałem spotkania-plenery, na których mówiło się o związkach między kulturą a ekologią, przyrodą i sztuką. Przez kilkanaście lat przewinęło się przez nie ok. 200 osób z całej Polski i zagranicy. Spotkania wychowały sporo otwartych ludzi, gotowych chronić przyrodę i zabytki. Tam narodziła się koncepcja Zielonych Płuc Polski i powstał Wigierski Park Narodowy.

Nie udało nam się jednak doprowadzić do stworzenia Mazurskiego Parku Narodowego. Zabrakło zrozumienia ze strony administracji lokalnej. Był sprzeciw leśników, którzy egoistycznie patrzyli na las, jak na plantację drzew i źródło dewizowych dochodów z polowań. A to, że nie powstał na Mazurach park narodowy, jest ogromną stratą dla całej Europy. Bo im więcej z przyrody udałoby się nam ocalić w latach 70., tym teraz bylibyśmy bogatsi. Niestety, skutki tego są dziś widoczne, bo bez ograniczeń prawnych inwestorzy mogą robić, co chcą. Jeśli chodzi o estetykę krajobrazu, świadomość ludzi jest niska, podobnie jak gust inwestorów i urzędników. Swoboda inwestycji musi się mieścić w określonych granicach. Przez całkowitą dowolność, Mazury cierpią okrutnie. A kiedyś była to piękna kraina, którą otrzymaliśmy w spadku po jej dawnych mieszkańcach. Może z czasem ludzie zmądrzeją i będzie lepiej, na razie jednak na to się nie zanosi.

Smutny koniec pięknej krainy

W latach 80. wyprowadziłem się do Maćkowej Rudy nad Czarną Hańczą na Suwalszczyźnie. Gdy teraz jadę na Mazury, boleję nad tym, co się z nimi stało. Prawa doraźnej gospodarki i ludzka mentalność są nieokiełznane. Trzymamy się sieci dróg, która została wytyczona przed wiekami, w zupełnie innych warunkach gospodarczych i politycznych. Na siłę staramy się poprawić istniejący system drogowy. To, że tu się wyprostuje zakręt, tu poszerzy albo wytnie drzewa nic nie da. To łatanie starych skarpet i podartych kalesonów.

Trzeba opracować nową sieć dróg, odpowiadającą współczesnym wymaganiom, a stare kręte trasy z przydrożnymi drzewami zachować takimi jakie są, bo mają wartość historyczną, przyrodniczą i estetyczną.

Sposobem na rozwój regionu nie jest rolnictwo czy przemysł, ale turystyka i rekreacja. A co się dzieje? Aleja lipowa koło wsi Wejsuny została wycięta. Powód: współczesne maszyny potrzebują więcej przestrzeni. Drzewa przy historycznym szlaku z Reszla do Świętej Lipki zostały przetrzebione. I co to dało? Prawie nic. Nie jeździ się wcale bezpieczniej. A zamiast wycinać, lepiej zrobić równoległą trasę, albo na starej ograniczyć prędkość. Co z tego, że wycięto drzewa przy drodze Ruciane–Orzysz. Trasę oszpecono, a szosa jest szersza zaledwie o metr.

W tej chwili jest plan, by przez Wielkie Jeziora puścić ruch tranzytowy. Połączyć wschód z zachodem, tak jak Via Baltica ma połączyć północ z południem. Transport ze wschodu na zachód to poważny problem i trzeba go mądrze, odważnie i nowocześnie rozwiązać, a nie „klecić” na podstawie istniejącej sieci dróg lokalnych, niszcząc przy okazji resztki unikatowej krainy.

Prof. Andrzej Strumiłło
Malarz, grafik, fotograf, wykładowca na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. W latach 1982–84 był kierownikiem Graphic Presentation Unit Sekretariatu Generalnego ONZ w Nowym Jorku. Wydał dwa tomy poezji oraz liczne książki o przyrodzie i kulturze. Jako podsumowanie podróży artystycznych do Chin, Włoch, Indii, Japonii i Tajlandii, stworzył cykle rysunkowe i fotograficzne.

Magda Brzezińska
Artykuł ukazał się 20 marca 2009 roku w olsztyńskim dodatku Gazety Wyborczej
w ramach cyklu „Skansen czy rozwój” zrealizowanego przy współpracy z Sadybą.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Skansen czy rozwój – cykl artykułów i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.