Warmia i Mazury czynne sześć tygodni w roku

Samorządy na Warmii i Mazurach działają w sposób, który często wyklucza lokalną ludność z tego, co się dzieje. A to tylko zwiększa bierność społeczeństwa. Głos w dyskusji o rozwoju i przyszłości regionu zabiera prof. Wojciech Łukowski.

Marta Bełza: Pan już nie mieszka na Mazurach.

Prof. Wojciech Łukowski: Pracuję w Warszawie, ale emocjonalnie i badawczo nigdy się z Mazur nie wyprowadziłem. Mój stosunek do Mazur to miłość połączona ze złością. Z tym, że ta miłość ciągle przeważa.

Od kilku tygodni na łamach „Gazety” pytamy, co zrobić, by Warmia i Mazury rozwijając się nie straciły swojej wyjątkowości. Jak przekonać mieszkańców, którzy chcą dróg – czemu trudno się dziwić – że nie można przy okazji tych inwestycji zniszczyć krajobrazu kulturowego?

Mój pogląd na tę kwestię jest trochę niepopularny. Uważam, że nie ma dramatycznego konfliktu między tworzeniem infrastruktury a ochroną środowiska. Nie grozi nam taka sytuacja jak w Augustowie, której zresztą od początku można było zapobiec. Nie jesteśmy narażeni na to, że przez takie czy inne, niewielkie miasto będzie przejeżdżać 7 tys. tirów dziennie. Przy rozbudowaniu infrastruktury nie będzie też aż takich wielkich szkód, jak mówią ekolodzy. Poza tym, region musi być dostępny, żeby turysta nie zastanawiał się, czy tu przyjechać, bo podróż z Warszawy zajmie mu pięć albo sześć godzin. A trzeba pamiętać, że gdyby np. zmodernizować drogi, potem przyciągnąć turystów i inwestorów, gminy miałyby więcej pieniędzy z podatków, dzięki czemu mogłyby też przeznaczać wyższe kwoty na cele ekologiczne.

Przez wiele lat działał pan w giżyckim stowarzyszeniu Wspólnota Mazurska. Czy łatwo było zaangażować mieszkańców Giżycka do współpracy? Trzeba było ich namawiać, czy sami włączali się do państwa inicjatyw?

Zaczynaliśmy działać w innych realiach, to były lata 90. Cechowała nas większa nadzieja, aktywność i wiara, że zrealizujemy nasze cele. Dziś najpoważniejszy problem jest taki, że samorządy działają w sposób, który często wyklucza lokalną ludność z tego, co się dzieje. Burmistrz nie mówi, że wykonał coś dla społeczności, ale tłumaczy, że zrealizował różne żądania. Samorządy działają pod presją czasu, a znaczący procent środków z Unii Europejskiej idzie na inwestycje, których przydatność jest wątpliwa. Przez to zwiększa się bierność społeczeństwa.

Ludzie się nie angażują, bo twierdzą, że urzędnicy ich opinię lekceważą.

To by się zmieniło, gdyby władze wprowadzały lepsze procedury konsultacyjne, gdyby naradzały się z mieszkańcami przy pozyskiwaniu środków i planowaniu inwestycji. To by wprowadzało racjonalność w działaniach. Wiele strategicznych inwestycji, które mają wpływ na wygląd miasta, jest wyłanianych w drodze przetargów, pod presją czasu, a najważniejsza okazuje się cena. Problem Warmii i Mazur jest taki: nie myślimy w kategoriach społeczeństwa obywatelskiego. Samorządy są od załatwiania inwestycji i pieniędzy, a ludzie pozostają bierni. Tymczasem współpraca między władzami lokalnymi a mieszkańcami powodowałaby, że prowadzone działania byłyby społecznie akceptowalne, skupiałyby więcej punktów widzenia. Z perspektywy kilku lub kilkunastu lat widać, że stawiamy pomniki „gołym polom”. Mamy ścieżki rowerowe, które nagle się pojawiają i prowadzą donikąd. Gdyby były konsultacje, racjonalność tych działań też by się poprawiła. Tymczasem teraz dużo przedsięwzięć jest nielogicznych. Mamy spektakularne inwestycje, które do niczego nie prowadzą.

Nie jest problemem zbudowanie jednego portu w Giżycku, tylko jak potem zagospodarować cały północny brzeg Niegocina? Brakuje myślenia całościowego. Na przykład w wyniku szlachetnych decyzji w jakiejś miejscowości zostanie wygenerowana dodatkowa powierzchnia użytkowa. Jednak trzeba pamiętać, że nawet jak powstaną nowe restauracje czy bary, a podaż się zwiększy, popyt utrzyma się na bardzo podobnym poziomie. Ci, którzy teraz tam działają, będą musieli radzić sobie w nowej, trudnej sytuacji. A ci, którzy wygenerują nowe miejsca pracy, nie będą mieli dużych zysków.

Nie ma też ponadlokalnej koordynacji tych działań. Burmistrzowie, wójtowie – każdy działa na własnym podwórku. Mamy również nieefektywne struktury na szczeblu powiatowym. To dotyczy na przykład Wielkich Jezior Mazurskich, które są podzielone między kilka powiatów. Przez to brakuje spójności promocyjnej czy inwestycyjnej.

Mówi się, że Mazury są czynne przez sześć tygodni w roku, a potem region jest zamykany na cztery spusty. Nie stanie się tak, że dzięki kilku nowym inwestycjom, na przykład w postaci budynków czy portu, nagle sezon na Mazurach będzie trwał pół roku. Zapotrzebowanie turystów pozostanie takie same. Tym bardziej że teraz Mazury są rzadziej odwiedzane, bo żeglowanie tam straciło na atrakcyjności. Bywa, że na wodzie brakuje już jachtom miejsca. Oferta regionu jest ilościowa, ale nie zwiększa się jakość usług. To, że było 20, a będzie 50 restauracji niczego nie zmieni.

W jednym ze swoich artykułów poświęconych historii stowarzyszenia Wspólnota Mazurska napisał pan, że mieszkańcy tych ziemi odczuwają „głód głośnego wyartykułowania swojej tożsamości”, nieznany w takim stopniu mieszkańcom innych miast i regionów. Czy ten głód nadal istnieje?

Mieszkańcy Mazur są zmęczeni swoją beznadziejnością, powtarzalnością krótkich sezonów, krótkim ożywieniem, po którym zapadają w letarg. Ta bezczynność i zniechęcenie wypełnia 90 proc. ich czasu. Niewiele pozostaje na cieszenie się pięknem krainy, w której mieszkają, zastanawianie się nad poczuciem tożsamości. Życie tu jest dla nich sensowne i atrakcyjne na tyle, na ile mogą realizować swoje szanse życiowe. Nie chodzi o wybudowanie domu, ale o szanse edukacyjne czy możliwość znalezienia partnera. Zaprząta ich nie głód zakorzenienia, ale brak stabilnej perspektywy rozwojowej.

Prof. Wojciech Łukowski
Współzałożyciel stowarzyszenia Wspólnota Mazurska, związany z warszawską Szkołą Wyższą Psychologii Społecznej, autor książek „Społeczne tworzenie ojczyzn. Studium tożsamości mieszkańców Mazur” oraz „Mazury. W poszukiwaniu wizerunku regionu?”.

Marta Bełza
Artykuł ukazał się 3 kwietnia 2009 roku w olsztyńskim dodatku Gazety Wyborczej
w ramach cyklu
„Skansen czy rozwój” zrealizowanego przy współpracy z Sadybą.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Skansen czy rozwój – cykl artykułów i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.