Jaka przyszłość? Wyróżnijmy się od Mazowsza

Czasami czuję się tu jak Noe w arce, otoczony zmieniającym się światem.
Nie popieram gigantomanii na Mazurach, nazbyt płytkich wizji nowoczesności, często
źle rozumianej – mówi Wojciech Kass, kustosz leśniczówki w Praniu

Od kilku tygodni zastanawiamy się, jak powinny się rozwijać Warmia i Mazury, w którym kierunku zmierzać, co jest zagrożeniem dla przyszłości i odmienności regionu. W tej dyskusji postanowiliśmy wykorzystać przykład Prania, miejsca magicznego, które opiera się przed naciskami, by unowocześniać wszystko zgodnie z obecnymi tendencjami.

Od 1997 kustoszem tutejszego muzeum jest Wojciech Kass. Leśniczówkę z tradycjami zmienił w miejsce tętniące życiem i wakacyjne centrum kulturalne, do którego na koncerty i spotkania ciągną ludzie z całej Polski.

Rozmowa o zmianach w regionie

Magda Brzezińska: Pamięta pan swoje pierwsze wrażenia po przyjeździe na Mazury?

Wojciech Kass: Zachwyciła mnie mazurska przyroda. To coś niespotykanego nie tylko w skali kraju, ale i całej Europy. Specyficzna architektura, dość skromna, widać w niej protestanckiego ducha, ale tym bardziej dlatego, że jest taka krucha, niepozorna, należy o nią dbać.

A teraz jak pan widzi otoczenie, w którym od 12 lat pan mieszka?

Przerażają mnie procesy, które prowadzą do unifikacji mazurskiej przyrody i architektury z innymi regionami, zacierania granic między różnymi krainami. Możemy doprowadzić do tego, że wjeżdżając na Warmię czy Mazury, nawet tego nie zauważymy, bo będą wyglądać zupełnie jak Mazowsze czy Wielkopolska. Pamiętam, że gdy tu przyjechałem, urzekły mnie leśniczówki z czerwonej cegły, kryte dachówką. Teraz leśnictwa zastępują je budowlami z ogólnodostępnych materiałów, takich, jakie wykorzystuje się np. stawiając leśniczówki w innych częściach Europy. Nie doceniają tego, że takich jak nasze nie było nigdzie indziej, poza innymi częściami byłych Prus.

Niepokojące zmiany są zauważalne nawet w środku Puszczy Piskiej.

I jest ich bardzo dużo. Kiedyś dźwięk piły w puszczy był bardzo rzadki. Niedawno odwiedził mnie kolega poeta i podczas pobytu w Praniu napisał wiersz pt. „W państwie pił”. Ten właśnie dźwięk rzucał mu się w uszy. Faktycznie rano budzą już nie tylko ptaki, ale też ryk pił, warkot ciężarówek z drewnem, które rozjeżdżają leśne drogi. Kiedyś wszem i wobec trąbiłem, że Mazury to oaza spokoju, do której nie docierają pospolite głosy cywilizacji, ale od pięciu lat jestem świadkiem szybkich i niepokojących procesów, widzę już je na rogatkach leśniczówki Pranie.

Co to za procesy?

Choćby quady i motocykle motocrossowe, które coraz częściej pojawiają się w tej okolicy. Nie są zakazane, więc ludzie je kupują. Ale gdzie nimi jeździć? Najlepiej po lesie. W długi majowy weekend ich ryk był wręcz niebywały. Jakby eskadra śmigłowców atakowała leśniczówkę! Jeden czy dwa razy zwróciłem im uwagę, ale tu hektary są potężne, a leśnych strażników niewielu, więc jak z tym walczyć?

Jednak jeszcze coś z klimatu dawnej puszczy zostało?

Oczywiście. Choćby wczoraj wracając z Olsztyna, przez drogę przede mną przeszły majestatycznie, nie spiesząc się trzy sarny. Poczułem, jakbym przeszedł niewidzialną bramę do innego świata, którego pełnoprawnymi obywatelami są nie tylko człowiek, ale i zwierzęta. To ich dom. One są u siebie. Zatem, jeśli przemysł to przede wszystkim turystyczny, ewentualnie taki, który nie przynosi szkód ekologicznych.

Ale każdy przemysł, nawet turystyczny niszczy naturę.

Turyści nas odwiedzający są gośćmi i jak gości należy ich przyjmować. Często jednak przekraczają kodeks gościa i zachowują się jak uzurpatorzy lub agresorzy. Tak, tak… Nam zapewne nie zabraknie atencji wobec nich, jeśli im nie zabraknie szacunku do nas i krainy, którą zamieszkujemy. Bywa, że zachowują się jak Hunowie, którzy przywożą ze sobą swoje zabawki, obyczaje, traktując nas jak tubylców z kolczykiem w nosie. Wtedy niech nie liczą na naszą gościnność. Musimy opracować mechanizmy ochronne. Jednym z nich, takim generalnym jest utworzenie Mazurskiego Parku Narodowego.

Ten pomysł ma wielu przeciwników. Dlaczego tak trudno znaleźć ludziom wrażliwym, nie tylko ekologom czy ludziom kultury wspólny język w tej sprawie z drogowcami, urzędnikami czy leśnikami?

Bo lasy i przyrodę Warmii i Mazur zaczęto traktować jak rodzaj przedsiębiorstwa, fabryki. Puszcza służy do produkcji drewna i cała nowa generacja leśników patrzy na nią tylko od strony ekonomii. Zanika humanistyczne podejście do natury. Przestaje ona być obiektem filozoficznej zadumy czy estetycznych zachwytów. Niedawno zapytałem młodego leśnika, jak dojechać w pewne miejsce. – Pojedzie pan tą drogą zakładową – wytłumaczył. Pierwszy raz uświadomiłem sobie, że leśny dukt, ścieżkę w lesie, można nazwać drogą zakładową!

Często słyszy się głosy, że Mazury nie mają szansy wyżyć z turystyki, bo są zbyt niedostępne komunikacyjnie. Do leśniczówki Pranie na koncerty zjeżdżają widzowie z całej Polski. Narzekają, że część trasy muszą pokonać leśną drogą.

Jest tendencja, że trzeba wszystko ludziom ułatwiać, ale nie można z tym przesadzać. Od lat pracowałem nad tym, by Pranie było miejscem przyjaznym, otwartym, które przyciąga i promieniuje na całą okolicę. Dlatego w 1999 r. wybudowałem w Praniu scenę, na której odbywają się występy muzyczne i poetyckie. Ale cztery lata temu przeraziłem się, że leśniczówka stała się modna. Pojawił się nowy typ widza, którego nazywam konsumentem. Jest roszczeniowy i próbuje nawet to miejsce ustawić pod swój sposób myślenia. Mówią np. że oni wszystko by lepiej urządzili, np. że wystarczy wyciąć trochę drzew i zrobić tu duży parking. Czasami widzę strach w oczach naszych stałych widzów. Jedna pani z Olsztyna nawet mi powiedziała, że już nie będzie wieszać plakatów w mieście, by rozreklamować imprezy w leśniczówce. – Kiedyś w Praniu była przyroda, artyści i patron Gałczyński. Teraz mamy tłumy. Do Prania przyjeżdża tyle ludzi, że leśniczówka trzeszczy w szwach. Można odnieść wrażenie, że zaraz pęknie.

To może trzeba zbudować większy amfiteatr?

Niektórych miejsc rozbudowywać się nie powinno. Dotyczy to Prania, ale też Piwnicy pod Baranami czy innych miejsc, których prawdziwym duchem jest kameralność, bardziej wspólnota niż tłum. Czasami jako kustosz leśniczówki czuję się jak Noe w arce, otoczony potopem złowrogich projektów i pomysłów. Jestem zwolennikiem wyraźnych podziałów, a nie mieszania wszystkiego z wszystkim. Proszę bardzo, niech sobie będą obszary kiczu, rozrywki, tanich zabaw, ale nie musi się to odbywać w Praniu dobrze czującym się w nieco innych rejestrach kulturalnych. Dość jest miejsca w naszym regionie i wcale te imprezy nie muszą na siebie nachodzić. Nie popieram gigantomanii, megalomanii, nazbyt płytkich wizji nowoczesności – często źle rozumianej – a wszystkie te zjawiska ciągną na Mazury jak szarańcza. Parking na 400 samochodów, mariny na setki jachtów, wodne tory motorowe, amfiteatry na tysiąc i więcej osób. Tego krajobraz kulturowy Mazur nie zniesie. Kilka lat temu w Rucianym Nidzie zbudowano amfiteatr dla półtora tysiąca osób, który stoi i straszy nawet w jednej trzeciej niewykorzystany. Więcej umiaru chciałoby się rzec, a mniej różnego typu mani, które już wystarczająco nadpsuły i nadgryzły Mazury.

Magda Brzezińska
Artykuł ukazał się 15 maja 2009 roku w olsztyńskim dodatku Gazety Wyborczej w ramach cyklu „Skansen czy rozwój” zrealizowanego przy współpracy z Sadybą.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Skansen czy rozwój – cykl artykułów i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.