Olsztyn jest podobny do Berlina. Ale Wschodniego

W Berlinie aleje drzew są głównie w zachodniej części. W centrum części wschodniej w czasach socjalistycznych drzewa wycięto, zburzono zabytki i zaprojektowano szerokie arterie. Czyli zrobiono to, co grozi teraz Olsztynowi.

Temat Olsztyna jako miasta ogrodu powraca w mediach raz po raz. Również niczym bumerang powraca temat drzew wycinanych w Olsztynie. Drzewa znikają z krajobrazu wielu miast w całej Polsce, ustępując miejsca parkingom, drogom i supermarketom, bo – jak uważają niektórzy – taka jest cena postępu i cywilizacji. A moim zdaniem to żaden postęp, lecz brak chęci szukania rozwiązań alternatywnych i pójście na łatwiznę. Łatwiej jest drzewo wyciąć, niż je pielęgnować, sprzątać opadające liście etc. Wyciąć, ułożyć polbruk, zalać wszystko betonem, ustawić kubełki z tujami i sprawa załatwiona. Czysto i nowocześnie. Ale to nowoczesność przestarzała.

W wielu miastach tzw. zachodniej Europy tendencja jest odwrotna. Tam dba się o każde drzewo. W Berlinie alei jest tak dużo, że miasto przypomina park – zwłaszcza jego zachodnia część, bo w centrum wschodniej części w czasach socjalistycznych wycięto drzewa, zburzono zabytki i zaprojektowano szerokie arterie, czyli zrobiono to, co teraz planuje się w Olsztynie przy ul. Bałtyckiej, Partyzantów czy Pieniężnego. W Berlinie obecnie wszystkie drzewa przydrożne są ponumerowane (na każdym jest metalowy numerek), usuwa się tylko suche gałęzie, leczy rany, a w przypadku konieczności usunięcia uschniętego drzewa sadzi się natychmiast w jego miejsce nowe. Nikomu nie przeszkadzają„drzewa w skrajni”, no i ze względu na drzewa nie sypie się w zimie soli, tylko specjalny granulat. W Atenach przy prawie wszystkich ulicach rosną drzewa – najczęściej cytrusowe (dzikie i kwaśne odmiany pomarańczy, cytryny) oraz oliwki lub eukaliptusy. Tam każdy inwestor budujący dom ma obowiązek wykonania wzdłuż swojej posesji chodnika oraz posadzenia na nim co najmniej trzech drzew.

A w Olsztynie, mieście ogrodzie, drzewa wycina się nadal bezpardonowo, ostatnio przy żłobku przy ul. Mochnackiego. Jak doniosła „Gazeta” (15 listopada), o tej wycince nie wiedziała nic pani ogrodnik miejska, choć powinna. Za to rzeczniczka ratusza wiedziała, że „drzewa zostały wycięte z powodu ich choroby”, zapewniając, że „w przypadku ewidentnej choroby drzewa stanowisko miejskiego ogrodnika jest zbieżne z wydawaną decyzją” (swoją drogą, jak mogło być zbieżne, skoro ogrodnik nic nie widziała i dlaczego rzeczniczka była lepiej poinformowana niż owa ogrodnik miejska?).

Akurat w tym samym dniu, czyli 15 listopada w Tyrolu Południowym w dzienniku „Dolomity – Tagblatt der Südtiroler” przeczytałem opatrzony zdjęciem artykuł o tym, że w mieście Marano trzeba było wyciąć jesion… o średnicy 38 cm. Został on tak poważnie uszkodzony przez pracowników ustawiających stoiska na tradycyjny jarmark bożonarodzeniowy, że nie było innego wyjścia. Decyzję o wycince wydała pani ogrodnik miejska, która obliczyła wartość drzewa na 8 tys. euro (35 tys. zł) i tyle będzie musiała zapłacić firma budująca stoiska za nieuwagę przy wykonywaniu prac. „Czytelników poinformowano także, że w związku z tym wypadkiem (wycięciem jednego drzewa!) obywatele zwrócili się do władz miasta, by w interesie publicznym bardziej dbać o drzewa, bo to dobro całej wspólnoty. Ten sam dzień, dwa różne meldunki, dwa różne światy.

Wycinka drzew w Olsztynie zastanawia zwłaszcza w kontekście hasła „miasto ogród”. Niby ogród to nie park, jednak jakieś nędzne krzaczki, rabatki z bratkami, tuje w doniczkach czy inne „zielone instalacje” tego typu nie wystarczą, by od razu nazywać się „miastem ogrodem”. Poza tym, nie o to chodzi, by ubierać się w cudze szatki i fasadowo wykorzystywać (dla celów promocyjnych) hasło „miasto ogród”. Bo to konkretna koncepcja, która została opisana pod koniec XIX w. w Anglii, w książce Ebenzera Howarda „Cities of Tomorrow”. To idea miasta satelity: niewielkiego, oddalonego od centrum wielkiej aglomeracji, przyjaznego mieszkańcom, w którym dominuje zieleń w postaci parków, lasów i alei oraz harmonijnie wtopiona w zieleń niska zabudowa, a więc schronienie dla ludzi, którzy nie chcą żyć w wielkich i przeludnionych aglomeracjach. Być może to idea nieco utopijna, ale jednak realizowana w wielu miejscach na kuli ziemskiej (w Polsce np. w Konstancinie-Jeziornej i Puszczykowie).

A czy Olsztyn jest miastem ogrodem? Jeszcze nie, choć tak się już promuje. Wycinając ostatnie aleje w mieście, betonując trasy spacerowe, wprowadzając ruch tranzytowy do miasta, likwidując jednocześnie kolejne przejścia dla pieszych, godząc się na niepasującą do centrum miasta zabudowę „wielkomiejską” (wieżowiec jako pozostałość marzeń o statusie metropolii) Olsztyn oddala się coraz bardziej od idei miasta ogrodu, stanowiącego w swojej istocie alternatywę i miejsce ucieczki od wielkich i przeludnionych metropolii. W ostatnich latach coraz bardziej widoczna jest zmiana funkcji centrum Olsztyna, które zamiast stawać się miejscem spotkań i rozmów ludzi, staje się miastem dla ludzi zamkniętych w samochodach. Tymczasem w większości europejskich miast zamyka się ich centra dla ruchu samochodowego (z wyjątkiem aut ich mieszkańców). Pierwszym miastem w Europie, które to zrobiło, była włoska Siena, która w 1966 roku oddała centrum miasta pieszym. Wbrew obawom okazało się, że nie wpłynęło to negatywnie na rozwój i handel w tej części miast. Wprost przeciwnie, nastąpiło jego ożywienie.

Dzisiaj już wiadomo, a potwierdziły to obserwacje oraz liczne badania w wielu miastach na świecie, które postąpiły jak Siena: jakościowa i ilościowa poprawa społecznej aktywności w miastach nastąpiła tam, gdzie utworzono ciągi piesze lub strefy wolne od ruchu samochodowego. Z innych miast znane są natomiast inne obserwacje: im większa prędkość przemieszczania się i większy ruch samochodowy, tam, gdzie ograniczony jest ruch pieszych, gdzie utrudnia się im warunki przebywania lub zatrzymania, tam następuje dezintegracja przestrzeni miejskiej, zanika komunikacja oraz aktywność społeczna, a to prowadzi do wzrostu wandalizmu i przestępczości. Na koniec pytanie:
Quo vadis, Olsztynie?

Krzysztof Worobiec
List ukazał się 5 grudnia 2011 w olsztyńskim dodatku Gazety Wyborczej.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ochrona krajobrazu i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.