Niedobry efekt zbitej „Szyby” w Ełku

Brak reakcji władz na drobne akty wandalizmu na ulicach miast jest zachętą do ich eskalacji. Myślę, że podobne zjawisko można zaobserwować w przypadku materialnego dziedzictwa Mazur. Przykładem może być stacja kolejowa w Szybie – pisze Wojciech Kujawski, autor pocztówkowego przewodnika po Mazurach Garbatych.

Kilka tygodni temu miałem okazję podzielić się z czytelnikami „Gazety Wyborczej”
(w artykule Dawno temu na Mazurach) swoimi przemyśleniami dotyczącymi porównań między współczesnym obliczem Mazur a ich obrazem utrwalonym na starych pocztówkach i w relacjach podróżnych odwiedzających tę krainę przed 1945 r.

Rozważając na temat stanu zachowania obiektów, które dzisiaj mają już charakter zabytkowy, przywołałem m.in. przykład dawnej stacji kolejowej w Szybie (dzielnicy Ełku) jako budowli podlegającej systematycznej dewastacji. Ku mojemu zdziwieniu, już drugiego dnia po ukazaniu się artykułu, w poniedziałek 8 czerwca, ze stacji znikł wyłamany wcześniej narożny filar podtrzymujący niegdyś dach. Czyżby jedna krótka wzmianka w lokalnej prasie miała przyczynić się do przywrócenia obiektowi dawnego blasku? A może ktoś po prostu obawiał się o bezpieczeństwo młodzieży spędzającej czas na opuszczonym starym dworcu? Minęło kilka tygodni, a drewniany filar nie powrócił na swoje miejsce. Kiedy kilka dni temu „wyjechało” przęsło oryginalnej balustrady, ponownie powróciło pytanie: czy to kolejna odsłona dramatu, czy może następny etap renowacji budynku Powróciła tym samym, tym razem na dobre, motywacja do cyklicznego konfrontowania obrazów tych samych miejsc na Mazurach i Warmii dawniej i dziś.

Przed stacją w Szybie – lata trzydzieste XX wieku

Stacja kolejowa w Szybie nie przypadkiem rozpoczyna wspomniany cykl. Z pozoru to tylko mało znaczący budynek na peryferiach miasta. Wiele osób zapewne zastanowi się, po co zaprzątać sobie głowę jakimś tam dworcem, skoro tyle „prawdziwych” zabytków (zamki, kościoły, kamienice, itd.) czeka na uratowanie. Jest kilka powodów, dla których nie zgadzam się z takim myśleniem.

1. Przyjęcie takiej logiki to pierwszy krok do zatarcia charakteru i „zabicia” atmosfery „dawnych Mazur”. O unikalności tej krainy stanowiły bowiem nie tylko niezwykłe krajobrazy z zachowanym dziedzictwem materialnym zakonu krzyżackiego, ale w równym stopniu „zwykła” architektura i sposób zorganizowania przestrzeni publicznej. Ernst Wiechert wspominał: „Dom był stosunkowo nowy, kiedy rodzice się doń wprowadzili. Zbudowany z czerwonych cegieł miał też dach z czerwonej dachówki i już przez to jawił się z oddali jako wytwór ładu i solidności skarbu państwa, podczas gdy w naszym krajobrazie czymś oczywistym były drewniane budowle, pokryte trzcinowym lub słomianym dachem”. (Lasy i ludzie, 1936). Równie oczywistym elementem mozaiki architektonicznej regionu były wznoszone z odpowiednich materiałów i według stosownych projektów wiejskie gospody, podmiejskie (często bardzo eleganckie) kurhausy, leśniczówki, lasy miejskie z całą swoją infrastrukturą (strzelnice, restauracje, altany, place sportowe), dwory przy licznych majątkach ziemskich, niewielkie zakłady przemysłowe (tartaki, browary, mleczarnie) czy też budynki użyteczności publicznej (szkoły, dworce kolejowe, urzędy pocztowe). Wydaje się, że to właśnie dokonywana przez dziesięciolecia eliminacja z mazurskiego pejzażu – w drodze dewastacji bądź pseudomodernizacji – nawet z pozoru mało znaczących obiektów, mało przydatnych z punktu widzenia władzy, w znacznym stopniu doprowadziła w wielu miejscach do utraty tego, co dzisiaj z nostalgią nazywamy „dawnymi Mazurami”.

2. Troska wyłącznie o estetyczny wygląd obiektów położonych w centrum miast przy jednoczesnym zaniedbaniu miejsc leżących na ich obrzeżach burzy harmonię, tak charakterystyczną dla mazurskich miejscowości. W wydanej w 1870 r. Historii Mazur (wyd. pol. 1995) Maxa Toeppena czytamy m.in.: „Wielokrotnie przedstawiano urok Ełku i okolic. Gdy spoglądamy z naszego Rossgarten, okazałego parku poza miastem – pisze autor niebędący Mazurem – miejscowość leżąca po lewej stronie, na wysokim brzegu jeziora, wydaje się nad wyraz pociągająca. Na pierwszym planie, pośród rozległych wód, znajduje się wyspa z majątkiem ziemskim i gmachem sądu – dawnym zamkiem – z dwu stron połączona mostami ze stałym lądem; w tle mroczny Ełcki Bór i urocza ukryta w głębokiej zatoce wioska Szyba, wilegiatura ełckich bogaczy. Na prawo w oddali roztacza się łańcuch wzniesień (… ). To wszystko tworzy piękną i harmonijną całość (… )”. Czy współczesne mazurskie miasta są w stanie wzbudzić podobny zachwyt turystów z odległych stron i przyciągać ich ową harmonią krajobrazu i architektury – pozostawiam ocenie ich mieszkańców i włodarzy. Wydaje się jednak logiczne, że usuwanie z krajobrazu elementów współtworzących niegdyś „piękną i harmonijną całość”, zwłaszcza jeśli nie zastępują ich żadne sensowne propozycje, odbiera Mazurom ich dawny czar.

Szyba. Panorama od strony Jeziora Ełckiego, sklep E. Sokolowskiego i stacja kolejowa, ok. 1935 r.

3. W swoim przewodniku po Mazurach z 1923 r. dr Mieczysław Orłowicz pisał: „Pociąg przejeżdża następnie przez szerokie błonie stanowiące wojskowy plac ćwiczeń załogi Ełku, za którym leży przystanek: Szyba (… ) złożone z kilku will z restauracją, ulubione miejsce wycieczkowe i letnisko mieszkańców Ełku”. Tuż obok stacji Szyba powstało kilka domów wypoczynkowych i restauracji (w tym zachowany do dziś, położony po sąsiedzku kurhaus F. Leimanna zbudowany ok. 1910 r.). Nieopodal w Ełckim Borze dostępne były (już pod koniec XIX w.) m.in. strzelnica i leśna gospoda, wytyczono liczne ścieżki dla spacerowiczów. Dziś niewiele zachowało się tu z atmosfery dawnego letniska. Trudno oczekiwać, że zwyczaje nowych mieszkańców i sposób spędzania wolnego czasu pozostaną takie same jak 100 lat temu, ale jestem przekonany, że chętnych do spacerów i spotkań w zadbanym i wyposażonym choćby w podstawową infrastrukturę (ławki, kosze na śmieci, place zabaw) miejskim lesie nie zabrakłoby. Niezależnie czy będzie to Ełk, Olsztyn, czy jakakolwiek inna miejscowość regionu. Wciąż zachowane, czasem niepozorne (jak choćby dworzec Szyba) obiekty z dawnej epoki można by z powodzeniem wykorzystać np. jako położone na „wejściu” elementy tworzonych, ew. rewitalizowanych kompleksów parkowo-leśnych, zachęcające do skorzystania z rekreacji w ich obrębie.

4. Tzw. „efekt zbitej szyby” (a może „zbitej Szyby”?; zbieżność nazw przypadkowa) – skoro naukowo dowiedziono, że brak reakcji władz (policji) na drobne akty wandalizmu na ulicach miast są zachętą do ich eskalacji, myślę że podobne zjawisko można zaobserwować w przypadku materialnego dziedzictwa Mazur sprzed 1945 r. Skoro jest ciche przyzwolenie społeczne na niszczenie z pozoru mało znaczących obiektów, zwykle związanych z codziennym życiem – dawych instalacji parkowych, leśnych restauracji, starych tartaków, stacji kolejowych, wiatraków i młynów, itp., które dziś mają już bardziej znaczenie historyczne niż użytkowe, to stąd tylko krok do wyburzania (zamiast renowacji) dawnych kamienic, dworów czy pałaców (jak choćby głośny w ostatnim czasie przypadek dworu w Macharach, rozebranego na materiał budowlany), czyli obiektów jednoznacznie kojarzonych z pojęciem „zabytek”.

Tematu ochrony krajobrazu kulturowego Mazur i Warmii nie wyczerpie z pewnością jedna publikacja prasowa, ograniczę się zatem do powyższych uwag. Mam nadzieję, że dyskusja wywołana artykułem, jak również refleksje, jakie mogą nasunąć się podczas porównywania dawnych i współczesnych widoków z Mazur i Warmii, przyczynią się choć w niewielkim stopniu do zainicjowania działań, dzięki którym uda się ocalić co nieco z tego (a może nawet przywrócić do życia to), czym zachwycali się przyjeżdżający tu z wielkiego świata dr Orłowicz czy M. Wańkowicz. Chciałbym zaznaczyć, że wiele w tym kierunku czynią w ostatnich latach władze Ełku – od kiedy przyjechałem tu po raz pierwszy w styczniu 1999 r., miasto znacząco (pozytywnie) zmieniło swój wizerunek. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że tak jak udało się skierować oblicze mazurskiej stolicy ku Jezioru Ełckiemu, już niedługo to samo będzie można powiedzieć o dawnym podmiejskim letnisku Szybie. I że przywracanie mieszkańcom tradycyjnych miejsc wypoczynku i rekreacji nie zakończy się tu wraz z trwającą właśnie rewitalizacją „najpiękniejszego placu Ełku, jakim jest pl. Król. Luizy” (za dr. Orłowiczem). Jeśli chcemy porównywać się do tradycji „dawnych Mazur”, warto pamiętać, że w tutejszych miastach dbano w równym stopniu o estetyczny wygląd śródmieścia (centrum) i przedmieść, niegdyś tętniących życiem, a dziś jakby (trochę) obumarłych. Podobnie jak mazurskie wioski, wiele znikło już nie tylko z powierzchni ziemi, ale i z map (ze słynnym Sowirogiem na czele), w wielu innych życie przygasa na naszych oczach.

Kujawski o Mazurach

Jeśli przyjąć, że cywilizacja jest m.in. miarą poziomu kultury, to czasem odnoszę wrażenie, że (Mazury) dawniej były bardziej cywilizowane.

Nie wszystkie zmiany w krajobrazie czy architekturze dadzą się wytłumaczyć zniszczeniami II wojny światowej, jak to lubiła przedstawiać komunistyczna propaganda. Niszczenie lokalnego krajobrazu dokonywało się w ciągu dziesięcioleci.

Paradoksalnie zacofanie infrastrukturalne jest barierą chroniącą północne i wschodnie kresy Mazur przed kolonizacją przybyszów ze stolicy Polski.

Artykuł ukazał się 17 lipca 2009 w olsztyńskim dodatku Gazety Wyborczej w ramach cyklu „Skansen czy rozwój” zrealizowanego przy współpracy z Sadybą. Materiały pochodzą z archiwum Wojciecha Kujawskiego.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Skansen czy rozwój – cykl artykułów i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.