O braku wizji przyszłości regionu

Zamykamy cykl „Skansen czy rozwój”. Czas pokazał, że prezentowane przez autorów spostrzeżenia i refleksje nie straciły na aktualności, dlatego zapraszamy do zapoznania się ze wszystkimi artykułami.

Skansen czy rozwój – wszystkie artykuły

_________

Nadal brak jest rzeczowej i merytorycznej debaty, brak forum dyskusyjnego pomagającego określić drogi „ku przyszłości”. Trwa natomiast pośpieszne wydawanie kasy unijnej.

Mamy nowe władze samorządowe. Zakończył się czas kuszenia i obiecywania, przyszła pora na realizację przedwyborczych obietnic. Nowe władze powinny pamiętać, by działać zgodnie z wolą i na korzyść swoich wyborców, a nie przeciwko nim. Kuriozalnym dla mnie było spotkanie mieszkańców z jednym z burmistrzów, który przez 1,5 godziny zanudzał o swoich – dość marnych – poczynaniach, po czym stwierdził, że… nie ma czasu na pytania czy dyskusję, i opuścił zebranych. Także tzw. „konsultacje społeczne” z reguły nie mają
nic wspólnego z partycypacją obywatelską i najczęściej mają charakter fasadowy i formalny (byle „odfajkować” wymóg spotkań z obywatelami). W procesie decyzyjnym takie „konsultacje” nic nie wnoszą, bo urzędnicy często traktują opinie obywateli jako wtrącanie się do nie swoich spraw lub wręcz jak zamach na ich „prawo do decydowania”.

Przed wyborami prawie wszyscy pretendenci do władz lokalnych niczym mantrę powtarzali słowo „rozwój”. Co kryje się pod tym pojęciem, trudno stwierdzić, jednak odnoszę wrażenie, że tak naprawdę mało kogo obchodzi „rozwój” pojmowany jako rzeczywista i dalekosiężna przyszłość naszych miast i wsi. Dyskusje publiczne – jeśli już się toczą, dotyczą z reguły rozwiązywania bieżących problemów, jak ułożenie kawałka chodnika czy budowy ścieżki rowerowej (np. nad Jeziorem Długim w Olsztynie), wyrwanych z kontekstu zagadnień. Przykładem takich pseudodyskusji były „rozważania” na temat planowanego parku Centralnego (pomijam pretensjonalność nazwy, jakby nie mógł to być „park nad Łyną”) i budowy tam „zbiornika wodnego z kilkoma wyspami”. Jeden z urzędników ubolewał: „Rezygnacja ze zbiornika wodnego to według mnie największa strata dla tego projektu” („Gazeta Wyborcza Olsztyn” z 7.10.2010 r.), ale jaki ma sens kopanie kolejnego zbiornika wodnego w mieście położonym nad trzema rzekami oraz 15 jeziorami?!

Nasi „decydenci” zbyt często zapominają, że miasta rozwijają się i trwają wiekami, budowle w nich wznoszone są na pokolenia, a plany rozwoju realizowane są niekiedy przez dziesiątki lat. Dla przykładu: w Berlinie przy Potsdamerstraße konsekwentnie od pół wieku powstaje Forum Kultury, zespół muzeów i instytucji kultury, stając się jednym
z najważniejszych miejsc w mieście. U nas plany tworzone są na parę lat, a ich „kamieniami milowymi” są najczęściej kolejne edycje unijnych „programów operacyjnych”, „osi” i „priorytetów” lub terminy kolejnych wyborów. Strategie i programy „perspektywiczne” też z reguły obejmują tylko kilka lat i jest to najczęściej „papierologia niestosowana” – jak np. „Program opieki nad zabytkami województwa warmińsko-mazurskiego na lata 2008–2012”, w którym zwrócono m.in. uwagę na brak w województwie muzeum techniki oraz historii regionu, lub opracowany w 2005 r. przez wydział strategii i rozwoju Urzędu Miasta w Olsztynie „Lokalny program rewitalizacji terenów powojskowych miasta Olsztyn”, w którym m.in. zapisano, że w koszarach „nie można dopuścić do zabudowy, która mogłaby zniekształcić czytelny układ urbanistyczny całego założenia”. Co z tego pisania wynika, łatwo ocenić porównując zapisy ze stanem faktycznym: wystarczy popatrzeć, jak wyglądają koszary w Olsztynie (tu zburzona wartownia, tam spalone magazyny, gdzie indziej nowa zabudowa) lub jak długo i z jakim trudem organizacje społeczne walczą o utworzenie postulowanego w programie muzeum w tartaku na Knosały. Nadal brak jest rzeczowej i merytorycznej debaty, brak forum dyskusyjnego pomagającego określić drogi „ku przyszłości”. Trwa natomiast pośpieszne wydawanie kasy unijnej – jak pisał prof. Robert Traba: „liczy się głównie obsługiwanie i technokratyczne zagospodarowywanie programów unijnych („Forum Otwartego Regionalizmu”, „Gazeta Wyborcza Olsztyn” z 31.09.2010 r.). Co gorsze, wydawanie unijnych pieniędzy następuje schematycznie, przez powielanie utartych i najczęściej mało ambitnych dróg.

W ten sposób pojawiają się wszędzie chodniki z polbruku, przy drogach robi się żółto
od barierek ochronnych i co rusz, to festyn. Organizowanie festynów i festiwali stało się jednym z podstawowych sposobów „promocji” miast i regionów (a często służy do „samopromowania się” urzędów lub urzędników). Jest to kolejny przykład schematycznych, mało skutecznych i bardzo kosztownych działań. Do czego to prowadzi, pokazała dobitnie (opracowana za ponad 100 tys. zł) „profesjonalna promocja” Olsztyna jako „miasto serów i latawców”, ignorująca rzeczywiste walory miasta, a oparta
na symbolach i produktach zupełnie niezwiązanych z miastem.

Przykładów chybionych działań jest więcej. We wrześniu w Piszu w tym samym dniu zorganizowano aż dwa, niezależne od siebie, festiwale: Festiwal Leśne Runo oraz Leśne Smaki Pisz – 2011. (…) Na obu festynach były oczywiście piwo i koncerty, a obie „atrakcje” kosztowały nas, społeczeństwo, setki tysięcy złotych. Festyn Leśne Smaki kosztował
280 tys. zł, z czego 225 tys. zł pochodziło z „osi priorytetowej Przedsiębiorczość”
z Regionalnego Programu Operacyjnego Warmia i Mazury na lata 2007–2013,
bo oficjalnie celem projektu oprócz „poprawy potencjału turystycznego gminy” była „pomoc przedsiębiorcom z naszego regionu w wypromowaniu kulinarnych produktów regionalnych”. Na oficjalnej stronie internetowej tego „festiwalu” mogliśmy przeczytać: „Wśród potraw można było skosztować m.in. zupy pokrzywowej z pulpecikami i oczywiście gigantycznej jajecznicy z 4 tys. kurzych jaj z kurkami. Na scenie wystąpiły zagraniczne gwiazdy prezentujące muzykę dance, r’n’b, pop”. Faktycznie – bardzo oryginalnie, swojsko i regionalnie! Na dodatek występujące gwiazdy były zagraniczne. Na czym więc polegało „wsparcie dla lokalnej przedsiębiorczości”? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast,
że organizatorzy ogłosili sukces, a zarząd województwa i gmina Pisz już podpisały umowę na dofinansowanie projektu „Leśne Smaki” na rok 2011. Tym razem impreza ma kosztować ponad 700 tys. zł (w tym 585 186,17 zł dofinansowania z „osi priorytetowej Przedsiębiorczość”). Można mieć nadzieję, że nowe władze będą poważnie myślały
o przyszłości, ale nie tej za cztery lata, tylko tej za lat czterdzieści czy sto czterdzieści…

Krzysztof A. Worobiec
Artykuł ukazał się 14 grudnia 2010 w olsztyńskim dodatku Gazety Wyborczej w ramach cyklu „Skansen czy rozwój” zrealizowanego przy współpracy z Sadybą.

Skansen czy rozwój – wszystkie artykuły

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Skansen czy rozwój – cykl artykułów i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.