O turystyce, przyjaźniach, współpracy, zabytkach i stowarzyszeniu „Sadyba”, czyli o tym, czego katalizatorem była zabytkowa chata warnowska i kwartalnik „Borussia”

Osada Kulturowa w Kadzidłowie

20 lat temu, w 1991 roku – kiedy powstawał kwartalnik „Borussia”, my (ja i mój mąż) mieszkaliśmy w Berlinie, myśleliśmy o powrocie do Polski, odwiedzaliśmy Mazury i właśnie wtedy, podczas jednego z pobytów postanowiliśmy kupić niewielki domek w Kadzidłowie.

Jednak nasze „związki” z „Borussią” zaczęły się dopiero w 1999 roku, gdy już na stałe zamieszkaliśmy w Kadzidłowie. Wtedy właśnie, w przeniesionym, zabytkowym, drewnianym budynku – naszym domu – otworzyliśmy „Oberżę pod psem”. Ta prowokująca nazwa wzięła się nie tylko z tego, że pilnował jej Irtysz – nasza biała, piękna łajka. Restaurację musiał odebrać Sanepid, któremu nie podobały się drewniane ściany i tradycyjna kuchnia w izbie. Dla nich – urzędników – to było „byle co”, a my odkryliśmy, że planowana przez nas nazwa ma sens – także w przenośni – i tak zostało. I choć sanepid nie bardzo chciał się pogodzić z naszymi „starociami”, my byliśmy dumni z uratowania zabytku. Zadamawialiśmy się tu, w Kadzidłowie, z postanowieniem „życia z turystyki”. Wszechobecna opinia miejscowych o tym, że turysta to coś, co występuje na Mazurach stadnie, tylko od 15 lipca do 15 sierpnia, i trudno z niego „wyżyć”, dawała nam dużo do myślenia. Przecież my wcześniej też byliśmy turystami, którzy przyjeżdżali na Mazury… ale zawsze po sezonie, dla spokoju i dla innego krajobrazu (choć Berlin to także jeziorna kraina). I trudno było nam wtedy, po sezonie, znaleźć miły, przytulny i ciepły nocleg oraz coś do jedzenia. Wtedy w wioskach nawet sklepy były po sezonie pozamykane (później się dowiedzieliśmy, że trzeba było szukać właściciela w domu, to by sklep otworzył). Piekliśmy więc kiełbasy na ognisku, jedliśmy przywiezione z Berlina zapasy konserw i nie mogliśmy się nadziwić, dlaczego mieszkańcom Mazur nie chce się zarabiać, na nas turystach, po sezonie. Kiedy więc planowaliśmy już zostać na Mazurach, zakładaliśmy, że turystów poszukujących po sezonie – tak jak my – piękna krajobrazu, musi być więcej, i że to oni będą naszymi gośćmi. Uważaliśmy, że Mazury reklamujące się tylko jeziorami, zapraszają gości nad jeziora tylko wtedy, kiedy jest ciepło i woda w jeziorze jest ciepła.

Tak więc, gdy już staliśmy się dumnymi posiadaczami starej drewnianej chaty w maleńkim Kadzidłowie, i to nie nad jeziorem, i z dala od szosy – powiesiliśmy tablicę „Oberża pod psem – czynna codziennie, przez cały rok”. Czekaliśmy na tych „innych” gości, którzy przyjeżdżali dla krajobrazu, doceniających zabytki, a czekając czytaliśmy literaturę mazurską, poznawaliśmy mieszkańców Mazur i Mazury. Odkrywaliśmy coraz to bardziej ciekawe miejsca, kolejne zaniedbane i niechciane zabytki, obserwowaliśmy jak zmienia się krajobraz, a wraz z nim znika wielki potencjał kulturowy tej krainy. W tym czasie, kiedy my budowaliśmy nasz zabytek, odkrywaliśmy i podziwialiśmy drewniane wioski, inni je dewastowali. Trudno było się nam godzić z tym co dzieje się wokół. Pewnego dnia – był to rok 1999 – odkryliśmy w Warnowie opuszczoną, piękną, drewnianą chatę podcieniową, mazurski klasyk – ostatnia, albo jedna z ostatnich na Mazurach chat z podcieniem w obu szczytach! Wypytywaliśmy o jej właściciela, ale nie udało się nic ustalić. Postanowiliśmy więc poprosić o pomoc olsztyńskiego konserwatora zabytków. Napisaliśmy do niego list, jednak przez rok nikt nam nie odpowiedział. Czas leciał, chałupa również – była w coraz gorszym stanie. Zdesperowani – w 2000 roku – interweniowaliśmy w tej sprawie w Ministerstwie – wówczas Kultury i Sztuki. I czekaliśmy.

W tym właśnie czasie w księgarni w Olsztynie po raz pierwszy natknęliśmy się na czasopismo o nazwie „Borussia” (podwójny numer 18/19), a w niej na apel o aktywne uczestnictwo w ratowaniu krajobrazu kulturowego:

Od lat wszelkim wysiłkom konserwatorskim towarzyszy wandalizm i bezmyślne niszczenie śladów dawnych kultur. Jak to się dzieje, że na naszych oczach bezpowrotnie giną bezcenne zabytki? Jaki mechanizm społeczny powoduje, że nieświadomie bądź z premedytacją przyglądamy się takim zjawiskom?… Piszcie o tym i o podobnych przykładach.

Pół roku minęło, a odpowiedź od ministra kultury i sztuki nie nadchodziła. Odpowiadając na apel Borussii napisaliśmy list o tym, że ryba psuje się od głowy, czyli że piszemy do władzy, do urzędów, i nic się nie dzieje. Że chcielibyśmy założyć stowarzyszenie – na rzecz ochrony krajobrazu kulturowego – ale czy to ma sens (w kontekście tej ryby i braku odpowiedzi na pisma). I choć kodeks postępowania administracyjnego nie dotyczy stowarzyszeń, tym razem jednak – po raz pierwszy – dostaliśmy odpowiedź na nasz list! Jako sekretarz redakcji odpowiedziała nam Iwona Liżewska. Napisała, że ona właśnie jest konserwatorem zabytków, że nie należy się poddawać, że warto mimo to założyć stowarzyszenie i działać (otrzymaliśmy też zaproszenie na borussiańską konferencję „Nowe życie pod starymi dachami”, na której prezentowaliśmy nasze gospodarstwo agroturystyczne, które okazało się dobrym wzorem nowego życia pod starym dachem).

Po tym liście nabraliśmy otuchy i postanowiliśmy sprawdzić dlaczego nie otrzymaliśmy odpowiedzi na nasze pismo. Najpierw powiedziano nam, że w Ministerstwie Kultury i Sztuki nie otrzymali żadnego listu od państwa Worobców. Ponieważ był to list polecony, zaskarżona o zagubienie listu poczta błyskawicznie wyjaśniła nam, że owszem – reklamowany list dotarł do ministerstwa, a odebrał je pełnomocnik ministra. Po tym wyjaśnieniu natychmiast ruszyła urzędnicza maszyna. Ministerstwo wystąpiło do wojewódzkiego konserwatora zabytków, konserwator do burmistrza naszej gminy (Ruciane-Nida), a burmistrz ustalił właściciela zabytku. Wszystko odbywało się ekspresowo, ale maszyna przyhamowała, gdy okazało się, że właścicielem zabytkowej chaty jest… Polska Akademia Nauk. Czas uciekał, wszystko trwało tak długo, że w tym czasie chałupa się rozleciała, a konserwator zabytków podjął decyzję o pozbyciu się kłopotu: została sporządzona tzw. biała karta, w której stwierdzono, że chałupa nie nadaje się już do remontu lub translokacji i należy zabezpieczyć (przenieść do muzeum) tylko pazdur i ozdobne słupy podcieniowe.

Warnowo, chata podcieniowa w 2002 roku

Warnowo, chata podcieniowa w 2002 roku. Fot. K. Worobiec

Zbulwersowani taką decyzją protestowaliśmy, aż usłyszeliśmy od jednego konserwatorów, że jak nam tak zależy na ratowaniu chałupy – i uważamy, że to się jeszcze da – to możemy to sami zrobić! Przystaliśmy na to i następnego dnia pojechaliśmy do Olsztyna, gdzie dostaliśmy „glejt” podpisany przez wojewódzkiego konserwatora zabytków – Jacka Wysokiego. Ale [tu zaczyna się długa i nie do końca wyjaśniona historia – do opisania w innym miejscu] zadziałał syndrom „psa ogrodnika”. Po raz kolejny urzędnicza maszyna stanęła i to na dobre. Chałupa się rozpadła – pogoda robiła swoje (zapadł się dach), miejscowi swoje (rozkradali to, co się dało – deski na garaż, drewno na opał), a my przez kolejne pół roku zmagaliśmy się z niezrozumiałą dla nas biurokracją i niechęcią urzędniczą. Dopiero w dniu 21 listopada 2001 roku – po kilku artykułach w prasie lokalnej i krajowej, niespodziewanie i tuż przed nadejściem zimy, PAN przekazał nam ruinę po chałupie w Warnowie. Błyskawicznie, w ciągu 3 dni inwentaryzujemy budynek, uzyskujemy zgodę starostwa na jego rozbiórkę. Robimy to ekspresowo (z powodu rozkradania elementów budynku oraz nadchodzącej zimy). Już w śniegu i mrozie rozbieramy i przywozimy drewniane elementy budynku do Kadzidłowa (czarną kuchnię i fundamenty rozbieramy dopiero wiosną). Projekty, zgodę na budowę, pomiary geodezyjne udaje się wykonać dość szybko i w lipcu 2002 roku zaczynamy odbudowę chaty w Kadzidłowie. W październiku 2003 roku chałupa stoi już wybudowana na naszej posesji. Organizujemy uroczyste otwarcie budynku oraz muzeum, które w niej zaaranżowaliśmy w trzy dni (z gromadzonych przez lata eksponatów).

Chata podcieniowa obecnie

Chata podcieniowa, stan obecny. Fot. D. Worobiec

Na otwarciu gościmy olsztyńskich konserwatorów zabytków, a jednocześnie członków „Borussii”, zaprzyjaźnionych muzealników, urzędników i radnych, przedstawicieli parku krajobrazowego, a przede wszystkim sąsiadów i przyjaciół, którzy w większości są teraz członkami Stowarzyszenia „Sadyba”. Tak nieoczekiwanie staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami dwustuletniej chaty z muzeum mazurskim w jej wnętrzach, a konserwatorzy zabytków i członkowie Wspólnoty Kulturowej „Borussia” uznali to za dobry przykład ratowania zabytków i pokazują nas – od czasu do czasu – innym.

W ten oto sposób kwartalnik Borussia i stara, mazurska chałupa przyczyniły się do poznania i przyjaźni z mentalnie nam bliskimi członkami „Borussii”. I nie tylko – ponieważ w 2004 roku zostało zarejestrowane wspomniane wyżej stowarzyszenie, które nazwaliśmy Stowarzyszeniem na rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur „Sadyba”. Od tamtego czasu nie tylko się przyjaźnimy, ale też owocnie współpracujemy z „Borussią” w wielu sprawach. Co prawda do dwudziestolecia naszej znajomości jeszcze daleko, ale nie trzeba przecież czekać na okrągłą rocznicę, by „waszą” – borussiańską – majówkę urządzić w „naszej” kadzidłowskiej oberży (pod psem) i uratowanej chałupie warnowskiej. Zapraszamy!

Danuta Worobiec
Tekst ukazał się w Borussi z okazji dwudziestolecia pisma.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Krajobraz kulturowy i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.