O protestach w Jezioranach… i na kijowskim Majdanie oraz o „demokratycznie wybranych władzach”

Przez ostatnie dni uwagę wszystkich skupiały wydarzenia na kijowskim Majdanie. Wielotygodniowy protest mieszkańców Ukrainy przeciwko decyzjom rządu, których społeczeństwo nie zaakceptowało, tragicznie zakończył się rozlewem krwi.

W telewizji mogliśmy zobaczyć dramatyczne sceny i strzelających snajperów, wymierzających – bez wyroków sądowych karę śmierci na nieposłusznych obywatelach (bo przecież strzelano, nie po to by ranić i unieruchomić, ale by zabić).

Wszyscy potępiają ten rozlew krwi, ale przypomnę, że nim on nastąpił wiele osób – zwłaszcza naszych polityków, publicznie mówiło, że ludzie demonstrują „przeciwko demokratycznie wybranym władzom”(sic!). Czyli, że władze mogą robić co chcą (bo są „demokratycznie wybrane”), a naród ma siedzieć cicho do następnych wyborów!? Demonstranci z Majdanu udowodnili, że tak nie jest, zmuszając skompromitowane władze do tchórzliwej ucieczki. Dlatego to co wydarzyło się w Kijowie powinno być nauczką dla wszystkich większych i mniejszych dyktatorów i satrapów, którzy myślą, że jak zostali „demokratycznie wybrani”, to mogą robić co chcą… A to błąd, co pokazały ostatnie dni!

W mikroskali taką eskalację konfliktu mogliśmy obserwować ostatnio w gminie Jeziorany, gdzie grupa mieszkańców niezadowolona z planów budowy turbin wiatrowych w pobliżu ich domów oraz na stanowisku archeologicznym jakim jest Święta Góra Prusów w Lekitach najpierw próbowała rozmawiać z „demokratycznie wybraną władzą”, a ostatecznie walczyć o swoje prawa oraz nasze wspólne dobro jakim jest krajobraz i dziedzictwo kulturowe. Ponieważ władza była ciągle „głucha” na prośby mieszkańców powstała obywatelska inicjatywa „Wolne Jeziorany” skupiająca – jak sami napisali w internecie:

„…ludzi, którzy nie pozostają obojętni wobec tego, co dzieje się w ich małej Ojczyźnie […] Nie ukrywamy, że naszym głównym celem jest „patrzenie władzy na ręce”. Ci, którzy zostali wybrani w demokratycznych wyborach, muszą liczyć się z tym, że ich wyborcy będą oceniać ich pracę na rzecz społeczności, której mają służyć […] Pamiętajcie, jesteście tylko urzędnikami, których MY wybraliśmy i MY możemy odwołać.”

Ponieważ władza, w osobie Macieja Leszczyńskiego – burmistrza Jezioran, nie chciał rozmawiać, więc mieszkańcy zablokowali dojazd do Świętej Góry i pomimo zimy koczowali tam – niczym protestujący na Majdanie (pobicia też tam były), a następnie – w imię obywatelskiego nieposłuszeństwa – rozpoczęli blokowanie sesji Rady Miasta. Burmistrz postanowił nie pokazywać się więc na sesjach, a w jego ślady poszła część – „demokratycznie wybranych”– radnych. Unikali oni obecności na styczniowych sesjach, pomimo, że do 31 stycznia musieli przyjąć uchwałę w sprawie budżet gminy. I gdyby nie ten budżet demokratycznie wybrani reprezentanci ludu nadal stosowali by taktykę uników i faktów dokonanych. Ponieważ jednak styczeń dobiegał końca, a wraz z nim termin przyjęcia budżetu, przyparty do muru burmistrz musiał coś uczynić. Rozniosła się więc wieść gminna, że porządku publicznego na kolejnej sesji rady będą chroniły siły porządkowe (jak na Majdanie), ale nieoczekiwanie podczas kolejnej Sesji Rady Miejskiej (29.01.) burmistrz oznajmił, że zgadza się spełnić postulaty przedstawione przez obrońców Świętej Góry Prusów i wstrzymał konfliktową decyzję (a więc i budowę), do czasu rozstrzygnięcia problemu przez Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie.

Pomijając administracyjne procedury i pokrętny sposób ich procedowania niezgodne z obowiązującym prawem (budowa realizowana była jako rzekoma „inwestycja celu publicznego” – choć orzecznictwo sądowe w tej sprawie jest jednoznaczne: stawianie wiatraków nie jest takową!) najistotniejsza jest postawa demokratycznie wybranych „przedstawicieli ludu”. Część radnych – popierająca chowającego głowę w piach burmistrza, unikała spotkania z protestującymi, a na kolejnych, bo odkładanych z powodu braku kworum sesjach, zachowywali się tak niegodnie w stosunku do swoich wyborców, że nawet przewodniczący Rady Miejskiej w Jezioranach powiedział przed kamerami (do obejrzenia na portalu Wolnych Jezioran), że wstyd mu za radnych, i gdyby mógł, to sam zgłosiłby referendum o odwołanie władz!

Ten „jeziorańsko-świętogórski Majdan” jest na razie najbardziej spektakularnym aktem obywatelskiego nieposłuszeństwa w naszym województwie, a trzeba przypomnieć, że są tu dziesiątki takich ognisk zapalnych. Najwięcej takich konfliktów ma związek z planowanymi budowami turbin wiatrowych (w całej Polsce jest ich ponad 500 – patrz mapa protestów http://mapa.stopwiatrakom.eu/), ale nie tylko – protesty społeczne wywołują też wyrastające jak grzyby po deszczu żwirownie (np. Biesowo, Florczaki, Ruś, Szałstry, Szczepankowo, Zebruń) oraz inne szkodliwe dla ludzi i środowiska inwestycje.

I wszędzie tam, gdzie są protesty widać taki sam schemat działania władzy szczycącej się demokratycznym mandatem. Zapominają one kogo mają reprezentować i zamiast wyborców zaczynają reprezentować inwestorów, nawet wtedy gdy nie chce ich zorientowana część lokalnej społeczności (pozostała część – niezorientowana lub obojętna jest bierna i łatwa do manipulacji). Władze zapominają przy tym zbyt często o jednej z podstaw demokracji jaką jest partycypacja społeczna, o jej podstawowych składnikach jakim są rzetelne informowanie wyborców (na wczesnych etapach o planowanych inwestycjach(!), a nie gdy już zapadną decyzje), konsultowanie z nimi planów (zwłaszcza w sprawach tak kontrowersyjnych lokalizacji jak w Jezioranach) oraz współdecydowanie, uważając, że jak zostały raz wybrane, to mają prawo same decydować, także wbrew woli mieszkańców! Nie chcą słuchać głosów wyborców, nie zwracają uwagi na protesty, trwając w uporze przy swoim argumentując to spodziewanymi korzyściami finansowymi, koniecznością rozwój oraz… troską o dobrobyt obywateli (sic!).

Tak było w przypadku Korsz, gdzie mieszkańcy długo alarmowali władze miasta o zagrożeniach związanych z działalnością zakładu utylizacji akumulatorów. Także tam determinacja, długotrwały upór oraz burzliwe wystąpienia mieszkańców na sesjach Rady Miejskiej, wsparte nagłośnieniem medialny, sprawiły że włodarze miasta łaskawie zgodzili się na sfinansowanie z gminnej kasy badań krwi na obecność ołowiu, a gdy okazało się, że są one przekroczone, gdy kilkoro dzieci trafiło z tego powodu do szpitala, urząd marszałkowski rozpoczął postępowanie w sprawie cofnięcia pozwolenia na działalność szkodliwego zakładu (a dlaczego wcześniej nie reagowały inspektoraty i służby odpowiedzialne za kontrolę środowiska oraz zdrowia mieszkańców?).

Dlaczego „demokratycznie wybrane władze” wspierają inwestorów, a nie swoich wyborców? Najwyższa Izba Kontroli bada dokumenty dotyczące budowy wiatraków w ponad 60 gminach w 10 województwach, w tym także przyczyny „zaangażowania” władz gminnych w inwestycje wiatrakowe: „Już widzimy obszary pewnej nieprawidłowości, które pojawiły się w tej kontroli. Jednym z takich poważnych obszarów nieprawidłowości jest finansowanie zmian w planie zagospodarowania przestrzennego przez inwestorów zainteresowanych budową elektrowni wiatrowych. Te pieniądze pochodzą od nich, zamiast z budżetu gminy. W czasie tej kontroli odkrywamy, że istnieją mechanizmy korupcyjne” powiedział Paweł Biedziak z NIK, a posłanka Julia Pitera dodała: „Były przypadki, że to były wręcz prezenty całkiem prywatne. Miałam przypadek zgłoszony, że jeden z przewodniczących rady w jednym z województw, przyjął prawdopodobnie samochód. Była sprawa na Mazowszu komputera dla burmistrza.”

Dlatego w nadchodzących wyborach samorządowych dobrze sprawdzić na kogo głosujemy, i kto będzie rzeczywiście reprezentował nas – wyborców, by takie sytuacje jak w Jezioranach czy Korszach nie miały w przyszłości miejsca!

Krzysztof Worobiec
Blog

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ochrona krajobrazu, Ochrona przyrody i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.